- Plany. Pewnie w nocy obetnę Ci ten warkocz, bo nie masz do niego
szacunku, a potem pewnie wezmę się za jakieś zabójstwo. To co zawsze -
ziewam leniwie i szczelniej otulam się płaszczem, by nadać sobie
wiarygodności. Kłamstwo. Zwyczajnie nie mam obowiązku, a tym bardziej
ochoty dzielić się z najemnikiem moimi planami. I tak lada chwila się
rozstaniemy, ja jadę dalej, do Czerwonej Warowni, starego domu, mam
obiecującą robotę na pewnym dworze. Na razie nie musi o tym wiedzieć,
odejdę we właściwym momencie.
- Czeka nas zamieć - niemal
niezauważalnie przewracam oczami. No co ty nie powiesz, najemniku?
Wychowałam się jeszcze dalej na północy, niż ty, a potem spędziłam kilka
lat w Redanii, choć ocean nieco łagodzi klimat. Wiem co to śnieżyce i
lawiny. Powstrzymuję się jednak od komentarza, chcąc zachować ledwo co
pozyskaną sympatię mężczyzny - Nie jesteś taką wkurwiającą zołzą jak na
początku, nawet cię polubiłem - bo dostosowałam się do twoich oczekiwań,
głupcze - Choć mnie czasem wkurwiasz, może... Może chcesz zostać
najemnikiem, i pracować ze mną? - ciemnowłosy patrzy na mnie z widocznie
szczerym uśmiechem. Nieznacznie unoszę brwi, zerkając na niego. Ja,
najemnikiem? I po co mi to? Mam pieniądze, umiejętności by przeżyć na
tym parszywym świecie i urok osobisty, czyli wszystko czego mi trzeba.
Na co mi wspólnik? Tylko będzie zawadzał, szczególnie, że ma swoje
zasady i jak na najemnika niezłą moralność, a ja zamierzam pieprzyć się
ze szlachcicem pod fałszywym nazwiskiem, by potem go zabić w jego
własnym łożu, natomiast wcześniejsza uwaga mężczyzny doskonale pokazała,
co myśli o takich przedsięwzięciach. Mnie nie sprawi problemu odebranie
matce dziecka i zabicie go na jej oczach, ale on? Kto go tam wie.
Chowam targane wiatrem włosy pod kaftan, by niepotrzebnie nie zasłaniały
mi widoku i popędzam człapiącego leniwie wierzchowca. Ponownie obracam w
palcach wyrwaną z karku topornika, zabarwioną na brąz przez zakrzepłą
juchę strzałę i muskam opuszkiem kciuka grot, przyglądając mu się
uważnie. Marszczę brwi i pochylam się, wciągając w nozdrza
charakterystyczny zapach trucizny. Czarna Śmierć, niezwykle cenna,
pozyskiwana z rośliny rosnącej jedynie na bezimiennych wyspach w pobliżu
położonych najdalej na północny wschód terenów Morrowind. Doustnie ma
niemal natychmiastowe działanie, a rany nią zanieczyszczone paprzą się
jak jasna cholera i są niemal nie do wyleczenia, jednak topornika zabił
po prostu niecelny strzał. Tak, strzała Maeve nie była przeznaczona dla
tego mężczyzny. Pod tą słodyczą kryje się jad, o którym wiem aż za
dobrze. Ale kto nie ukrywa swojej najgorszej strony, nie pozostawia jej
jedynie dla siebie i najgorszych wrogów? O jednym nie wspomniałam
mężczyźnie. Ten romans trwał dłużej, jednak był jedynie manipulacją, grą
obydwu stron, rywalizacją opartą na niespisanych zasadach. Nienawiścią
płynnie przechodzącą w pożądanie, o tak. Obydwie o tym wiedziałyśmy,
jednak żadna nigdy nie wypowiedziała tego na głos. Chowam strzałę do
juków i popędzam konia, by jechać nieco za najemnikiem.
- Berserku.
Przemyślałam Twoją ofertę - odzywam się wreszcie, czując pierwsze,
delikatne płatki śniegu osiadające na twarzy i włosach - I przyjmuję ją,
pod jednym warunkiem. Cenię sobie niezależność, nie dziw się, jeśli
będę znikać i nie szukaj mnie, jedź dalej. Prędzej czy później dołączę -
mężczyzna kiwa głową, nieco wstrzymując konia, jednak po chwili
marszczy brwi.
- Jak mnie znajdziesz? - pyta, uspokajając głosem
nerwowo strzygącego uszami ogiera, który widocznie coś usłyszał. Po
chwili czarny jak węgiel wierzchowiec odskakuje w bok, wpadając na
mojego konia, klnę głośno, próbując opanować nakrapianą klacz.
-
Spokój, szkapo, bo przerobię cię na mięso! - rzucam, z zaciśniętymi
zębami ciągnąc za wodze. Widocznie do rumaka to dociera, bo niemal
natychmiast nieruchomieje. Odwracam się w stronę mężczyzny, natychmiast
zmieniając wyraz twarzy na łagodny, uśmiecham się ciepło - Tego nie
musisz wiedzieć - ptaszki mi wyćwierkają, mój drogi. Narzucam kaptur i
popędzam konia, wyprzedzając najemnika.
Talyush staje w strzemionach i
rozgląda się, osłaniając oczy dłonią przed odbijającym się od śniegu,
wchodzącym słońcem, barwiącym niebo na głęboki szkarłat. W trakcie
trwającej kilka dni śnieżycy wierzchowce spłoszyły się i ruszyły z
kopyta na złamanie karku, to niemal cud, że dalej żyjemy. Zeskakuję z
konia w śnieg sięgający mi niemal do pasa, łapię wodze i nieruchomieję,
nasłuchując. Uciszam mężczyznę gestem, wiedząc, jak oczywistą prawdę
zamierza wymówić na głos. Zgubiliśmy się, to fakt. Jednak pośród
skrzypienia śniegu i parskania koni słychać cichy odgłos szemrzącego
strumyka. Zdejmuję wodze z szyi rumaka i ciągnę za nie, bez słowa
ruszając w stronę, z której dochodzi dźwięk.
Talyush?
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz