poniedziałek, 15 stycznia 2018

Od Freysdal do Talyush'a

- Plany. Pewnie w nocy obetnę Ci ten warkocz, bo nie masz do niego szacunku, a potem pewnie wezmę się za jakieś zabójstwo. To co zawsze - ziewam leniwie i szczelniej otulam się płaszczem, by nadać sobie wiarygodności. Kłamstwo. Zwyczajnie nie mam obowiązku, a tym bardziej ochoty dzielić się z najemnikiem moimi planami. I tak lada chwila się rozstaniemy, ja jadę dalej, do Czerwonej Warowni, starego domu, mam obiecującą robotę na pewnym dworze. Na razie nie musi o tym wiedzieć, odejdę we właściwym momencie.
 - Czeka nas zamieć - niemal niezauważalnie przewracam oczami. No co ty nie powiesz, najemniku? Wychowałam się jeszcze dalej na północy, niż ty, a potem spędziłam kilka lat w Redanii, choć ocean nieco łagodzi klimat. Wiem co to śnieżyce i lawiny. Powstrzymuję się jednak od komentarza, chcąc zachować ledwo co pozyskaną sympatię mężczyzny - Nie jesteś taką wkurwiającą zołzą jak na początku, nawet cię polubiłem - bo dostosowałam się do twoich oczekiwań, głupcze - Choć mnie czasem wkurwiasz, może... Może chcesz zostać najemnikiem, i pracować ze mną? - ciemnowłosy patrzy na mnie z widocznie szczerym uśmiechem. Nieznacznie unoszę brwi, zerkając na niego. Ja, najemnikiem? I po co mi to? Mam pieniądze, umiejętności by przeżyć na tym parszywym świecie i urok osobisty, czyli wszystko czego mi trzeba. Na co mi wspólnik? Tylko będzie zawadzał, szczególnie, że ma swoje zasady i jak na najemnika niezłą moralność, a ja zamierzam pieprzyć się ze szlachcicem pod fałszywym nazwiskiem, by potem go zabić w jego własnym łożu, natomiast wcześniejsza uwaga mężczyzny doskonale pokazała, co myśli o takich przedsięwzięciach. Mnie nie sprawi problemu odebranie matce dziecka i zabicie go na jej oczach, ale on? Kto go tam wie. Chowam targane wiatrem włosy pod kaftan, by niepotrzebnie nie zasłaniały mi widoku i popędzam człapiącego leniwie wierzchowca. Ponownie obracam w palcach wyrwaną z karku topornika, zabarwioną na brąz przez zakrzepłą juchę strzałę i muskam opuszkiem kciuka grot, przyglądając mu się uważnie. Marszczę brwi i pochylam się, wciągając w nozdrza charakterystyczny zapach trucizny. Czarna Śmierć, niezwykle cenna, pozyskiwana z rośliny rosnącej jedynie na bezimiennych wyspach w pobliżu położonych najdalej na północny wschód terenów Morrowind. Doustnie ma niemal natychmiastowe działanie, a rany nią zanieczyszczone paprzą się jak jasna cholera i są niemal nie do wyleczenia, jednak topornika zabił po prostu niecelny strzał. Tak, strzała Maeve nie była przeznaczona dla tego mężczyzny. Pod tą słodyczą kryje się jad, o którym wiem aż za dobrze. Ale kto nie ukrywa swojej najgorszej strony, nie pozostawia jej jedynie dla siebie i najgorszych wrogów? O jednym nie wspomniałam mężczyźnie. Ten romans trwał dłużej, jednak był jedynie manipulacją, grą obydwu stron, rywalizacją opartą na niespisanych zasadach. Nienawiścią płynnie przechodzącą w pożądanie, o tak. Obydwie o tym wiedziałyśmy, jednak żadna nigdy nie wypowiedziała tego na głos. Chowam strzałę do juków i popędzam konia, by jechać nieco za najemnikiem.
- Berserku. Przemyślałam Twoją ofertę - odzywam się wreszcie, czując pierwsze, delikatne płatki śniegu osiadające na twarzy i włosach - I przyjmuję ją, pod jednym warunkiem. Cenię sobie niezależność, nie dziw się, jeśli będę znikać i nie szukaj mnie, jedź dalej. Prędzej czy później dołączę - mężczyzna kiwa głową, nieco wstrzymując konia, jednak po chwili marszczy brwi.
 - Jak mnie znajdziesz? - pyta, uspokajając głosem nerwowo strzygącego uszami ogiera, który widocznie coś usłyszał. Po chwili czarny jak węgiel wierzchowiec odskakuje w bok, wpadając na mojego konia, klnę głośno, próbując opanować nakrapianą klacz.
- Spokój, szkapo, bo przerobię cię na mięso! - rzucam, z zaciśniętymi zębami ciągnąc za wodze. Widocznie do rumaka to dociera, bo niemal natychmiast nieruchomieje. Odwracam się w stronę mężczyzny, natychmiast zmieniając wyraz twarzy na łagodny, uśmiecham się ciepło - Tego nie musisz wiedzieć - ptaszki mi wyćwierkają, mój drogi. Narzucam kaptur i popędzam konia, wyprzedzając najemnika.
Talyush staje w strzemionach i rozgląda się, osłaniając oczy dłonią przed odbijającym się od śniegu, wchodzącym słońcem, barwiącym niebo na głęboki szkarłat. W trakcie trwającej kilka dni śnieżycy wierzchowce spłoszyły się i ruszyły z kopyta na złamanie karku, to niemal cud, że dalej żyjemy. Zeskakuję z konia w śnieg sięgający mi niemal do pasa, łapię wodze i nieruchomieję, nasłuchując. Uciszam mężczyznę gestem, wiedząc, jak oczywistą prawdę zamierza wymówić na głos. Zgubiliśmy się, to fakt. Jednak pośród skrzypienia śniegu i parskania koni słychać cichy odgłos szemrzącego strumyka. Zdejmuję wodze z szyi rumaka i ciągnę za nie, bez słowa ruszając w stronę, z której dochodzi dźwięk. 

Talyush?

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Szablon wykonała prudence. z Panda Graphics.