piątek, 19 stycznia 2018

Od Freysdal do Sekhmet

Niechętnie otwieram oczy i natychmiast je mrużę, wzdychając ciężko. Za jasno. Przekręcam się na drugi bok i wyciągam sztylet spod poduszki, przyczepiając go do pasa.
- Powoli, dajże mi chwilę — macham ręką na kobietę i podnoszę się powoli, przeciągając leniwie. Nocny wypad po resztę zapłaty za hrabię zdecydowanie mi się nie przysłużył. Zerkam na swoje odbicie w szybie i marszczę nos, patrząc na fioletowe sińce pod oczami. Tak mało czasu poświęconego na sen w ostatnich dniach daje mi się we znaki, niestety. Trzeba będzie to zmienić, jak już załatwię sprawę z wysłanniczką Poczty. Jeszcze nie wiem jak to zrobić, wieści o śmierci hrabiego rozejdą się dość szybko, a wtedy prawdopodobnie z zapłaty nici, tym razem sama jej sobie nie wezmę, i tak już wystarczająco dużo ludzi nastaje na moje życie.
- Długo jeszcze? Zależy mi na czasie — kobieta niecierpliwie przestępuje z nogi na nogę, wpatrując się we mnie uporczywie, co widzę w odbiciu szyby. Nie wiem jak ona zamierza gdziekolwiek jechać z taką infekcją, ale to jej wybór.
- Nie — przeczesuję włosy palcami i odwracam się do kobiety, sięgając po płaszcz. Niedawno go kupiłam, wydałam na niego małą fortunę, ale przynajmniej jest ciepły. Gęste, wilcze futro popielatej barwy robi swoje, nie marznę za bardzo nawet w największe śnieżyce — Idziemy — wychodzę z pokoju i ruszam po schodach, zaplatając włosy w niedbały warkocz - Mam nadzieję, że masz porządnego konia, te rycerskie rumaki w górach są do niczego, prędko łamią nogi. Posiadłość hrabiego znajduje się na jednym z mało dostępnych szczytów.
- Mówiono mi, że jest u podnóża góry — kobieta narzuca kaptur szmaragdowego płaszcza na głowę, pociągając nosem i płaci karczmarzowi, robię to samo.
- Masz nieaktualne informacje, jeszcze z zeszłej wiosny. De Varco przeniósł się wyżej w góry po nieudanym zamachu na jego życie — jaka szkoda, że to nic nie dało — Możni go nie lubią, wieśniacy i mieszczanie też. Obawia się o swoje życie.
- Dużo wiesz, jak na... Kim właściwie jesteś? — kobieta uważnie mierzy mnie bystrym spojrzeniem morskich oczu. Dobre pytanie, nie jest głupia.
- Złodziejką — rzucam od niechcenia, wybierając bezpieczniejszą niż inne opcje. Nie uwierzyłaby mi, gdybym powiedziała, że kupcem lub podróżnikiem, oni wyglądają inaczej. Wchodzę do stajni i podchodzę do boksu swojego siwka, klepiąc go po szyi — Trzeba sobie jakoś radzić w życiu. A wiem tyle, bo słyszę, co gadają gadają ludzie — wysłanniczka kiwa głową i rusza do swojego konia, by się nim zająć.
Rozglądam się, wstrzymując konia, by przeszedł z kłusa do stępa. Wioska u podnóża, jakich wiele. Mało upraw, mało zwierzyny, zimą ludzie przymierają głodem. Widzę zachłanne spojrzenia oczu spoglądających na nasze wierzchowce. Odprowadzają nas wzrokiem, by następnie pośpiesznie wrócić do swych zajęć, nie chcąc przyciągać niepotrzebnej uwagi. Zapewne zimą mają niewielu gości, tym bardziej tych o przyjaznych zamiarach. Słyszę szept jakiejś dziewki, kurczowo ściskającej wychudzoną dłonią kołnierz ubranka kilkuletniego chłopaczka, patrzącego na rumaki z zachwytem. Tyle jedzenia, starczyłoby dla całej wsi na kilka dni. Drgam lekko i machinalnie sięgam do boku, po sztylet, czując sękate palce zaciskające się na mojej łydce. Zatrzymuję konia, dostrzegając zgarbioną, pomarszczoną staruchę o wyblakłych, niewidzących już zapewne oczach. Podnosi głowę, wbijając we mnie spojrzenie tychże oczu,  Długie, siwe włosy otulają zapewne niegdyś piękną twarz młodej kobiety, która teraz wyraża jedynie przerażenie. Zaciska palce jeszcze mocniej, zduszam w zarodku chęć rozjechania jej na oczach wszystkich. Jestem znużona, moja towarzyszka zapewne także, nawet nie reaguje na zaistniałą sytuację, jadąc dalej. Jedyne czego teraz chcę, to ciepłej strawy i odpoczynku.
 - Dobre panie, nie jedźcie w góry, tam smok ma leże, ludzie giną bez śladu, a potem znajduje się tylko ogryzione do czysta, nadpalone kosteczki — pomarszczone, sine usta poruszają się powoli, spojrzenie tych bladych oczu wzbudziłoby we mnie lęk, gdybym tylko nie była tak zmęczona.
 - Smoki wyginęły dawno temu — rzucam tylko, trąc podkrążone oczy i ruszam za ginącym w tłumie, szmaragdowym płaszczem. Rozglądam się szybko, słysząc nagłe ożywienie, ludzie zadzierają głowy, patrząc na twarz Sekhmet z niemym podziwem. To tatuaże, przyciągają wzrok jak cholera jasna, niepotrzebnie zdejmowała kaptur. Niespodziewanie jednak tłum, za przykładem wcześniej widzianej przeze mnie staruchy (niesamowite, jak zdołała przemieścić się tak szybko?) poczyna klękać przed karym zwierzęciem dosiadanym przez moją towarzyszkę, nerwowo przebierającym nogami. Rozchylam usta, powoli trawiąc informacje. Przepowiednia przekazywana z pokolenia na pokolenie. Wasz los jest już przesądzony, a koniec bliski. Smoki powrócą, zejdą z gór, dosiadane przez lodowych gigantów, niosąc spustoszenie. Wielki Wilk, w zemście za czynny przodków waszych i naszych pożre Słońce i Księżyc, by ciemność stała się na wieki. Kazirodztwo, bratobójstwo, morderstwa i gwałty na bliźnich, to wszystko stanie się z nadejściem Końca. Jedynie prawdziwa Wieszczka, posłanka bogów, może ocalić nas wszystkich. Znużona podróżą, nadejdzie z Południa, krajów wiecznie ciepłych, niosąc w sercu ogień, który roztopi śniegi. Twarz jej pokryta tajemniczymi symbolami, których nie pojmie żaden śmiertelnik, a na ramieniu orzeł. Imię jej Gvalch'ca. Podjeżdżam do kobiety i nachylam się w jej stronę, zniżając głos — Mają cię za legendarną Wieszczkę, Wybawicielkę.
Sekhmet?

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Szablon wykonała prudence. z Panda Graphics.