Zaciskam usta i dopijam herbatę, wbijając wzrok w mężczyznę. Co kurwa? Ja mam uczyć tego szczyla? No chyba coś mu się popierdoliło. W tej jego całej kawie chyba było coś więcej niż tylko miód. Powstrzymuję się jednak od protestów, odstawiam metalowy, ciepły jeszcze kubek i podnoszę się z godnością i niewymuszoną gracją, której matce tego smarka zdecydowanie brakuje, paskudna kobieta. Im w ogóle brakuje wszystkiego, całej tej parszywej, irytującej rodzince.
- Radziłabym rozważyć kwestię zmniejszenia mu wypłaty. Co to za pożytek z leniwego najemnika? - uśmiecham się ujmująco, lekko przekrzywiając głowę — Gwoli ścisłości, mój ojciec, pan Degreyn, zadbał, bym umiała się obronić w razie potrzeby, więc mogę pomóc pańskiemu synowi w tym i owym — zerkam na Talyush'a i uśmiecham pod nosem, widząc jego minę. Udało mu się obrócić to przeciw niemu.
- Będę ci bardzo wdzięczny, Priscillo. Jeśli zechcesz, zapłacę ci co nieco za wysiłek, potrącę mu to z wypłaty — posyłam najemnikowi zwycięskie spojrzenie, a ten zaciska palce na kubku, mrucząc pod nosem coś o wstrętnych dziewkach. Znowu wygrałam, mój drogi. Ja zawsze wygrywam.
- Chodź, Henry, tam dalej będzie więcej miejsca — lekko uśmiecham się do chłopaka, w porę przypominając sobie jego imię. O litości, jaka ta pokraka jest brzydka. Przechodzę kilkanaście kroków i biorę do ręki w miarę prosty kij, ważąc go w dłoni. Nie jest źle, nada się. Zerkam na gówniarza, który lustruje mnie wzrokiem z wypiekami na twarzy i mimowolnie krzywię się, przewracając oczami. Żeby się tylko dzieciak nie podniecił za bardzo.
- A... Po co ci ten kij? - chłystek lekko marszczy brwi — Ojciec kupił mi kiedyś miecz.
- Nie wiem, na jakim poziomie jesteś, kochany, nie chcę ci zrobić krzywdy — uśmiecham się ciepło, w duszy mając ochotę wypatroszyć to coś. Jak on mnie irytuje — No już, do broni! - pewniej ujmuję kij, wyczekująco patrząc na chłopaka. Ten zagryza wargę i niezdarnie wysuwa z pochwy zdecydowanie dla niego za długi, słabej jakości miecz jednoręczny. Unoszę brwi, powstrzymując drwiący uśmiech cisnący mi się na usta. Bez zapowiedzi atakuję szybko i odsuwam się w bok, unikając słabego, choć widocznie wyprowadzonego z całej siły ciosu. Zaraz się zmęczy. Tanecznym krokiem krążę wokół chłopaka, uderzając go kijem ze wszystkich stron. Gdyby tak go nim zatłuc, ach. Po niedługiej chwili chłopak zaczyna ciężko dyszeć.
- D-dość. Poddaję się — rzuca miecz na ziemię i siada, próbując złapać oddech — Jesteś niesamowita — lekko kiwam głową, puszczając komplement mimo uszu i rzucając kij za siebie. Ego mi nie rośnie od słów takiego podrostka, zwyczajnie zbyt nim gardzę.
- Musisz się jeszcze wiele nauczyć, młócenie mieczem na oślep to nie wszystko — rzucam przez ramię, idąc w stronę ogniska i zebranych wokół niego ludzi — Dosyć na dzisiaj, obydwoje musimy odpocząć, narobiłam ci siniaków, co?
- Mhmm — szczyl wzdycha boleśnie, wlokąc się za mną. Pewnie chciał mi zaimponować, nie wyszło, no cóż, takie życie. Bez słowa siadam przy ognisku, wpatrując się w wydzielający ciepło płomień. Wyciągam Zmrok i zaczynam ostrzyć go ostrożnie, by pozostał tak ostry, jak bym tego chciała, bo co mi po tępym sztylecie. W tym fachu muszę być przygotowana zawsze i wszędzie, nie ma tu miejsca na jakiekolwiek zaniedbanie, już raz się o tym przekonałam, kończąc w Redanii. Spędziłam tam równo rok, potem zbiegłam. Paskudne miejsce, nie zamierzam nigdy tam wracać. Ale piwo mają dobre. Po chwili ostrzenia lekko przeciągam sztyletem po palcach, doskonale wiedząc, że przy większym nacisku mogę przeciąć sobie mięśnie. W cienkiej, podłużnej ranie natychmiast zjawia się krew, spływając mi po palcach i brocząc rękawiczki. Idealnie ostry. Jest jednak wykonany ze stopu najlepszej jakości stali i srebra, oczywiście na tych bardziej magicznych gości, więc czemu się dziwić. Wycieram posokę o spodnie i obracając sztylet w dłoniach, uważne przyglądam się zdobionej rękojeści, na której przedstawione są trzy gotujące się do skoku wilki, piękne i budzące grozę jednocześnie. Niewielki jelec tworzą dwa węże, owijające się wokół dłoni, tym samym wzmacniając chwyt. To mój skarb, talizman niemal, choć nie jestem przesądna. Ostrożnie chowam go z powrotem do pochwy i podkulam nogi pod siebie, opierając się o juki. Dzieciak i jego rodzice już śpią, jedynie Talyush pozostał na nogach.
- Wezmę pierwszą wartę — rzucam obojętnie, bardziej w stronę ogniska, nawet nie racząc obdarzyć go spojrzeniem. Kątem oka dostrzegam, że lekko kiwa głową, jednak nie wygląda na przekonanego, co zbywam niedbałym machnięciem ręki. Jego problem.
Lekko odchylam głowę, wpatrując się w niebo. Jeszcze dwa, może trzy dni do pełni, choć już teraz księżyc zdaje się być zaskakująco blisko. Jest cicho, jedyne odgłosy to dźwięk prószącego śniegu i spokojne, równomierne oddechy czwórki ludzi. Podnoszę się bezszelestnie i strącam biały puch z ramion, błądząc palcami po zdobionej rękojeści. W słabym świetle dogasającego ogniska przyglądam się czterem sylwetkom, oblizując wargi i wyciągając sztylet. Chciałam z tym poczekać, ale im szybciej, tym lepiej. Najemnika mogą zbudzić krzyki i szarpanina, zresztą bez niego będą bezbronni, więc on pójdzie na pierwszy ogień. Powoli podchodzę do niego, wstrzymując oddech. Kucam, z podekscytowaniem przygryzając wargi i wbijam wzrok w jego szyję. Nachylam się mocniej i w tym momencie upadam w śnieg, z sykiem zaciskając powieki. Silne dłonie przyciskają moje nadgarstki do ziemi, z powodzeniem uniemożliwiając mi atak, jednak nieruchomieję, spokojnie otwieram oczy i uśmiecham się podle.
Talyush?
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz