piątek, 29 grudnia 2017

Od Freysdal do Talyush'a

Podnoszę się i zeskakuję z wozu, po czym przeciągam leniwie do momentu, aż słyszę charakterystyczne trzaśnięcie w karku. Nieznacznie przechylam głowę i mrużąc oczy, nieprzywykła jeszcze do słonecznych promieni odbijających się w śniegu, którego wszędzie jest niemal po kolana, przyglądam się mężczyźnie. Ma ogorzałą od słońca twarz, zupełnie jakby spędził dużo czasu na południu, jednak gardłowy akcent zdradza go, jest tutejszy. Najemnik, zdecydowanie. Zaintrygował mnie, zamierzam poznać go lepiej. Zresztą, kto wie, może trafi się jakieś zlecenie na jego łeb, zdarza się i tak.
- Nie jestem księżniczką — wygładzam skórzany kaftan i poprawiam sztylet ukryty pod nim, musiał przesunąć się podczas mojej wędrówki — Ale możesz mi mówić wasza wspaniałość, nie obrażę się — uśmiecham się szeroko i nachylam nad wozem, pośpiesznie sprawdzając zawartość juków, które niosłam na plecach przez śnieżycę. Pieniądze są, cały zestaw najróżniejszych trucizn, które wyglądają zupełnie niepozornie jest, świeże ubrania również są, wyśmienicie.
- Nie wyglądasz mi na księżniczkę — chłodno rzuca mężczyzna, mierząc mnie podejrzliwym spojrzeniem.
- Bo nią nie jestem, głuchy czy głupi? - odrzucam włosy na plecy, rozglądając się. Trzeba zdobyć wierzchowca, nie będę jechać w wozie, jak jakaś, pożal się boże, kaleka.
- Żadne z powyższych. Księżniczki są ładne, szczupłe i ładnie pachną, a ty nie spełniasz żadnego z tych kryteriów — mimowolnie unoszę brwi, zerkając w stronę mężczyzny. No no, znalazł się pan na włościach. Nieznacznie kiwam mężczyźnie głową z udawanym uznaniem i niepostrzeżenie wsypuję szczyptę trucizny do niewielkiej kieszonki w rękawie, po czym prostuję się i energicznie ruszam w stronę chaty, której zdecydowanie wiele brakuje do miana porządnej karczmy. Nawet nie chcę wiedzieć, ile wszy jest w materacach. Mimowolnie wzdycham teatralnie i aż nazbyt boleśnie, zauważając pędzącego w moją stronę smarka z karawany. Ile on ma, piętnaście, szesnaście lat? To jeszcze dzieciak, a i tak przewyższa mnie wzrostem. Szlag by to, dlaczego muszę być niska. Chłopak uśmiecha się do mnie rozanielony, gdy tylko raczę obdarzyć go raczej dość krytycznym spojrzeniem. Zażenowana rozcieram skroń. Całe życie z idiotami. No nic, trzeba się będzie przemęczyć. Przywołuję promienny uśmiech i pozwalam się chłopakowi zaprowadzić w stronę karczmy. Na każde z jego dociekliwych pytań odpowiadam półsłówkami, nieszczególnie skupiając się na tym pieprzeniu bez ładu i składu. A gdyby tak wbić mu sztylet w brzuch po samą rękojeść. I jeszcze raz, i jeszcze. Tak, to byłoby idealne rozwiązanie, ale nie zamierzam się narażać, tym bardziej że nie znam tych okolic.
- Skąd u ciebie taka nieufność w stosunku do kobiet? - unoszę brwi i zerkam na swoje karty, nie odrywając jednak wzroku od twarzy najemnika.
- Nie twoja sprawa — burczy mężczyzna, nie podnosząc wzroku znad własnej talii — Nie wpychaj nosa w nieswoje sprawy, bo go stracisz, dziewko.
- Jaki obrażony — parskam śmiechem i kładę nogi na stole, upijając z kufla łyk smakującego jak szczyny piwa i krzywię się mimowolnie. Zamówiłabym wodę, gdyby tylko ją tu mieli — No ale nic, nie będę wnikać, to twój interes. Karty z własnej przeszłości każdy tasuje, jak mu pasuje - uśmiecham się nieznacznie, zaledwie kącikiem ust i wyciągam jedną z kart ze swojej talii, przez chwilę obracając ją w palcach, po czym starannie, idealnie równo układam ją na stole — As, wygrywam.

Talyush?

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Szablon wykonała prudence. z Panda Graphics.