Jak on mógł. Ja ludzi na prawdę już nie rozumiem. Ktoś go może przecież zabić. Usiadłam na łóżku i dotknęłam szyi, rana już się zagoiła.
- I co ja mam teraz zrobić? Iść za nim? - oparłam twarz na rękach. - przecież nie zależy mi na nim. Zwykły człowiek jakich dużo. Nieznajomy. Chciał mnie zabić - wstałam z łóżka. - Nienawidzę się - westchnęłam ciężko - Idę za nim.
Wyciągnęłam z torby pelerynę i zwykłe ubranie, w które się przebrałam. Wyszukałam z niej tez jeden z amuletów. Założyłam go, dzięki niemu srebro nie zrobi mi krzywdy. Sama go robiłam i już testowałam.
- Naprawdę ja siebie nienawidzę, najpewniej on będzie chciał mnie zabić, ale co tam... To ja, sama siebie nie rozumiem - a teraz nawet mówię sama do siebie. Od tak dawna nie rozmawiałam z nikim tak normalnie. Ile to już? Miesiąc? Który dzisiaj mamy? A no tak za miesiąc mam urodziny i chyba po raz pierwszy nie wydam z tego powodu balu, będą na mnie źli, ale im to jakoś wynagrodzę. Tak w ogóle to już dawno nie byłam w zamku. Ile to będzie? Pół roku? Dobrze, że został tam mój doradca. Jest przyzwyczajony do moich, jakby to powiedzieć? Niespodziewanych zniknięć. Tak to mogę nazwać, on mnie dobrze rozumie. Ja po prostu nie mogę cały czas siedzieć w jednym miejscu, to jest chore. Tak to przynajmniej pomagam ludziom. Tam też pomagałam, w pewnym sensie. Jeszce nawet nie jestem mianowana królową, więc nie powinni się tak martwić. A jeszcze siostry nie wiedziałam chyba od czterdziestu lat. Dwór zaczeka...
- O czym to ja? A no tak - wzięłam torbę z łóżka i położyłam sakiewkę koron na biurku.
Zmieniłam się w rubinową mgłę i wyleciałam przez okno, nie otwierając go, po czym zmaterializowałam się.
- Gdzie on mógł pójść? - wzięłam głęboki oddech. - Krwi nie zmienisz - uśmiechnęłam się sama do siebie.
Podskoczyłam bardzo wysoko i pozwoliłam, aby wiatr mnie niósł. Peleryna otuliła mnie, mogłam bym tak zasnąć, ale ludzie by się chyba dziwnie patrzyli. Zaczęłam lecieć w stronę gdzie czułam chłopaka. Zniżyłam lot i zaczęłam bezszelestnie, ledwo dotykając drzew skakać po ich czubkach. Byłam coraz bliżej. Na wszelki wypadek stworzyłam w swojej dłoni lodowy sztylet ostrzejszy od moich kłów. Czyli jeszcze nie zwariowałam i moja magia działa, wyrzuciłam go gdzieś, mogę mieć takich tysiące, a nawet inne. Bo już sama nie wiedziałam co robię. Równie dobrze mogłam bym wrócić do zamku i zapomnieć o tamtym chłopaku, ale nie po co... Równie dobrze mogę skoczyć w paszczę lwa, ale utknęłam bym w jego paszczy, a jego szczęka rozerwała by się. Dość ciekawa wizja. A tak w ogóle to już dawno nie spotkałam żadnego Łowcy Wampirów. Dziwne, może znudziło im się umieranie. Sama się prawie zaśmiałam. Chwila, ile już razy ktoś mnie chciał zabić za to, że jestem wampirem? A za to, że jestem potomkiem Merlina? Tak samo jak mój przyjaciel, ale gdzieś zniknął. Mam nadzieję, ze jeszcze kiedyś go zobaczę. Przez to, że w moich żyłach płynie również syrenia krew? Ile już było tych razy i powodów? To nic, że nie piję ludzkiej krwi tylko zwierzęcą, nawet nie zabijam tych zwierząt, ale tego też nikt nie rozumie. Albo ilu osobom uratowałam życie, bo potrafiłam w sekundę być na miejscu i na przykład zatrzymać krwotok, co było dla mnie niezwykle trudne, ponieważ walczyłam sama ze sobą w takich momentach. Mogłam bym tez wymienić odczynienie klątw, uroków, opętań... Ale nie lepiej mnie ścigać, bo "mogę" być niebezpieczna i żyje wiecznie. Tak to jest bardzo ważny powód. Mało ludzi wie co przeszłam w życiu. Utrata całej rodziny przez spalony dom w wieku dziesięciu lat to nie jest coś normalnego i jeszcze cały czas czuję, że to moja wina, bo on szukali mnie. Bo niby jestem wyjątkowa, ja już bym wolała być normalna i stać w objęciach moich rodziców, ale nie cofnę czasu. Nie chcę, muszę z tym żyć i przetrwać, dla nich, dla mojej przybranej mamy, która jak się okazało była wampirzycą. Ją też mi odebrali, poświęciła się, abym mogła uciec. Dowiedziałam się też, ze mój tata był przybranym synem Króla Sollasis, wiedziałam już dlaczego znikał tak na całe dnie. Był jego doradca i jednocześnie nadwornym magiem, bo był potomkiem Merlina. Potem trafiłam na dwór, znowu zostałam czyjąś córką, znowu czułam się kochana, ale tam też musieli umrzeć. No i zostałam księżniczką nocy... Po co? Ja przecież jestem taka mało ważna, wszyscy mogli żyć, ale nie. Po co? Poświęćmy się niech Abigail Raven żyje. Ja bym wolała, aby oni żyli.
- Nie, nie płacz, nie - mówiłam sama do siebie, ale poczułam jak po moim policzku spływają łzy.
Usłyszałam jak ktoś biegnie pode mną. Spojrzałam w dół, ujrzałam dwa biegnące wilki. Jeden z nich był dużo większy i miał torbę. Zmieniłam się w szmaragdową mgłę, bo w inna nie mogłam, to był jakby to powiedzieć? Mój kolor. Zaczęłam za nimi w takiej postaci lecieć, ale wolałam, aby mnie nie zauważył, wzleciałam na bezpieczną odległość w górę, jednocześnie tak, abym ich widziała. Zmaterializowałam się. Peleryna w nocy sprawiała, że jestem praktycznie niewidzialna. Zmniejszyłam torbę do rozmiaru portmonetki przewiesiłam przez ramię, a na moich plecach pozostał, łuk i kołczan wypełniony po brzegi magicznym strzałami, które nigdy się nie kończą. Oszczędzałam dzięki temu. Postanowiłam ich na razie obserwować i pokazać się, gdy nadejdzie dobry moment. Nie chcę, aby był na mnie zły. Ja za szybko wybaczam, a tamci ludzie, którzy zabili mi rodziców już dawno nie żyją. Umarli z starości. Nawet się na nich nie zemściłam i zrozumiałam, że złość do niczego nie prowadzi. A przynajmniej w obecnej chwili. Mam dość często wahania nastroju, ale staram się być miła. Usłyszałam jak w oddali w stronę "Małej watahy" jadą tamte bandziory. Czyli nie są, aż takimi półgłówkami, albo mają normalnego przywódce. Przygotowałam łuk i go naciągnęłam. Wzięłam głęboki oddech. Jest ich dziesięciu. Ile to sekund? Jedna sekunda na trzech... Strzała w gardło... Kierunek wiatru... jakieś cztery sekundy? Coś w tym stylu. leciałam cały czas nad małą watahą i wyczekiwałam zagrożenia.
(Bluvertigo(Vertigo)?)
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz