Potrząsnąłem głową, gdyż czary rzucane przez Onyx pośrednio działały także i na mnie, w końcu magia nie zawsze słucha się w stu procentach. Tym bardziej przypominała mi więc ona zwierzę, a zwierzęta - o ironio - potrafiłem zrozumieć bezbłędnie. W końcu jednak poczułem, że powietrze wokół mnie unormowało się i padł na mnie wzrok bladych oczu przyjaciółki. Założyłem ręce na piersi.
- A więc...?
Przewróciła tylko oczami ze zniecierpliwieniem.
- Co chcesz wiedzieć? - mówiła takim tonem, jakby naprawdę miała na myśli "Gadaj, im szybciej to załatwimy, tym szybciej znikniesz.".
- Możemy zacząć od tej farsy na naszym sfatygowanym stole. - uniosłem brew. Wiedziałem, że Onyx lubiła parać się magią w każdych jej aspektach, ale od zabawy w alchemika była daleka. Przynajmniej jak dotąd. Trafiłem chyba jednak w sedno, gdyż skrzywiła się.
- Eh, wierz mi, Vertigo, nie robiłabym tego, gdyby nie było to konieczne. - sarknęła.
Nic mi to nie powiedziało, ale widząc, że jest w niebezpiecznym humorze, postanowiłem przejść do dalszych punktów na mojej liście wątpliwości.
- A te leki, które dałaś... Abigail? Nigdy takich nie widziałem. Poza tym, od kiedy komuś pomagasz? I przecież...
- Zamknij się w końcu, Wendigo, i pozwól mi ci wyjaśnić, chyba że zamiast mieć wiedzę, wolisz mielić ozorem. - walnęła mnie z pięści w bok tak szybko, że nawet nie zdążyłem mrugnąć, a już stałem złożony w pół, ledwo chwytając powietrze. Słowa ugrzęzły mi w gardle. Takich efektów najwyraźniej oczekiwała Onyx, gdyż nieco już rozpogodzona zaczęła mówić - u niej wiązało się to z wrednym spojrzeniem i beznamiętnym tonem głosu.
- Gdybyś dał mi mówić od razu, nie byłoby potrzeby pytać. Po to właśnie mi ta "farsa", abyś mógł zobaczyć ostateczny wynik - mój nowy wynalazek. Nie mam dla niego nazwy, ty jesteś od wymyślania takich głupot, ale jak widać działają. Zmuszona byłam zwrócić się w kierunku alchemii, gdy magia zawiodła - Veran-Jay. Jak sam zdążyłeś zauważyć, ten idiota znów dał się nabrać. - prychnęła zdegustowana. - "Każdy zasługuje na zaufanie, nic mu nie powiem, on przecież nie po to przyszedł, co z tego, że ma nóż, jestem ostrożny, nic mi nie będzie". - mówiła, zmieniając magicznie swój głos na głos VJ'a. - A teraz co? Dostał na co zasłużył. "Zaufanie"... Musiałam sporo się napracować, aby ten kretyn nie stracił nie tylko szczęki, ale i życia. Te kolorowe płyny, które widziałeś... To remedium na... Cóż... Na wszystko. Nie mogę zdradzić ci ich składu, nie mówiąc już o tym, że w ogóle nie powinieneś o tym wiedzieć. - tu rzuciła mi krytyczne spojrzenie. - Nie mniej, twoja pannica wyzdrowiała. Wnoszę, iż powinieneś się cieszyć.
Skończyła, po czym odwróciła się na pięcie i przeszła kilka kroków. Dogoniłem ją truchtem.
- Poczekaj, Onyx. A ta cała Arena? Kim ona jest? Po co? - już miałem zasypać ją gradem pytań, kiedy przypomniało mi się jak urządziła mnie poprzednio. Urwałem więc w pół słowa i dałem się jej wypowiedzieć.
- Nie masz nic ważniejszego do roboty? - ofuknęła mnie, ale zatrzymała się, do tego tak gwałtownie, że o mało na nią nie wpadłem. - Słuchaj, gdybym teraz nie musiała, gdybym wiedziała, że istnieje jakiekolwiek inne wyjście, gdyby to zależało ode mnie - czerwona złodziejka gniłaby w celi. Ale to nie moja decyzja, tylko nasza wspólna. Jest nam ponoć potrzebna... Cóż, z tym idź do Istri i Veran-Jay'a, to ich pomysł. Ja mogę ci tylko powiedzieć kim ona jest. Nazywa się Helen Bedd. Szerzej znana jako Arena lub Lady In Red, ponieważ, jak sam widziałeś, ubiera się tylko na czerwono. Nigdy nie ukazuje swojej twarzy, jednak postarałam się, aby dowiedzieć się o niej czegoś więcej. Niewiele tego było. Ale ponoć jeśli oświetli się ją czerwonym światłem, można zobaczyć ją w pełnej krasie. Również do tego "tytułu" przyczynił się jej swoisty podpis. Jeśli coś ukradnie, szczególnie zjawiskowo, zawsze zostawia za sobą krwistoczerwony napis lub odcisk dłoni. Nie jest to krew, ale coś podobnego składem - jakiś substytut.
Onyx zamilkła, chowając dłonie w szerokie rękawy swej czarnej szaty. Przemyślawszy to wszystko, kiwnąłem głową i ruszyłem z powrotem do chatki.
- Nie myśl, że to cokolwiek zmienia. Nie weźmiesz w tym udziału. - zawołała jeszcze za mną. Odwróciłem się. Zdołałem zobaczyć tylko dolną część jej bladej twarzy, a wkrótce potem zawadiacki uśmieszek. - Ale dobrze, że wróciłeś.
Stałem przez chwilę, nie wiedząc co powiedzieć. Dobrze że wróciłem? Przecież nie chciała mnie widzieć z racji mojej niezbyt zgodnej z prawem przeszłości. Otworzyłem usta, aby jej odpowiedzieć, ale już rozpłynęła się w mroku. Potrząsnąłem głową, oszołomiony. Nigdy jej nie rozumiałem i najwyraźniej nawet teraz, po tylu latach, nie będzie mi to dane. Zaraz jednak wzruszyłem ramionami. Ale w sumie co z tego. Ufałem jej bezgranicznie i wiedziałem, że można na niej polegać. Tak jak i na pozostałych członkach drużyny. Strzepnąłem z ramienia kilka płatków śniegu i otworzyłem ciężkie drzwi, aby następnie stanąć na środku ogrzanego magią pomieszczenia. Nieco naburmuszona Istri grała w karty z Areną, ewidentnie oszukującą, choć niewątpliwie z pokerową twarzą. Na niewidocznym ramieniu złodziejki wciąż leżała dłoń Veran-Jaya, tyle że Powiernik nie patrzył na "podopieczną", a rozmawiał z Beryll. Ogarnąłem to wszystko wzrokiem i zamknąłem drzwi. Natychmiast podbiegł do mnie Jax, wpychając mi wilgotny nos w dłoń. Pogłaskałem go, zwracając się do przyjaciół.
- Onyx mi wszystko wyjaśniła. To znaczy, wciąż nie mam pojęcia, po co wam ta zło... Znaczy, najemniczka... Ani po co dokładnie tu jesteście, ale... - przywdziałem na twarz sztuczny, szeroki uśmiech nr 4. - Onyx pozwoliła mi iść z wami. Świetnie, prawda?
Mój entuzjazm spotkał się jednak tylko ze sceptycyzmem Kotki i Androida. Beryll jak zwykle na mnie nie patrzyła. Arena chyba też nie.
- Szczerze w to wątpię. Wybacz, Veri, ale do mnie nie umiesz kłamać. - Istri pokręciła głową i rzuciła na blat - czy też raczej, z braku miejsca, na wlot szklanej kolby - asa. Przy akompaniamencie przekleństw wampirzycy w czerwieni, przysiadłem na ogromnym głazie, bliżej Istri, przez co dwa wampiry znalazły się nieco bliżej siebie.
- Ale... Gdybyście się za mną wstawili... Zgodziłaby się, gwarantuję.
- Nie, Veri, nie zgodziłaby. - niebieskie oczy spojrzały na mnie krzywo.
- Słuchaj jej, piękny! Takiej bestii wśród ludzi jeszcze nie widziałam. Chciała mnie wywrócić na nice, gdy powiedziałam, że wygląda jak utożsamienie śmierci. - Arena oparła niewidzialną twarz na ręce. - Tylko z nosem.
- Szkoda, że tego nie zrobiła... - mruknąłem półgębkiem, na co Istri przewróciła oczami, zniecierpliwiona.
- Prędzej by cię zjadła niż pozwoliła się narażać.
Narażać... Pf. Jakbym będąc tutaj samemu nie był narażony na niebezpieczeństwo. Nie odpowiedziałem jednak, lekko się tylko wyprostowałem. Mój wzrok padł na siedzącą razem ze mną na głazie wampirzycę. Chyba czytała jakąś książkę, ale nie byłem w stanie stwierdzić jaką.
- Co zrobisz, kiedy już te rany ci się zagoją? - zapytałem od niechcenia, głową kiwając w kierunku jej rannego przedramienia. Pewne jest, że zbyt długo tu nie zostaniemy, więc pewnie i ona pójdzie w swoją stronę.
<Abigail?>
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz