sobota, 21 kwietnia 2018

Od Bluvertigo CD Abigail

Nie miałem pojęcia co o tym wszystkim myśleć. Abigail okazała się być jakąś płatną zabójczynią - tutaj zacząłem się poważnie zastanawiać nad tym, czy przypadkiem nasze spotkanie na pewno nie było przez nią wcześniej zaplanowane - i w dodatku teraz polowano na nią, a skoro już raz ją znaleźli, ktokolwiek by to nie był, na pewno zrobią to po raz kolejny. A wtedy znajdą i nas.
Pokręciłem głową, krzywiąc się. Nie potrzeba mi jeszcze więcej atencji, to już wystarczająco dużo biorąc pod uwagę fakt, że ukrywałem się i dopóki nie spotkałem całego tego towarzystwa to szło mi nawet znośnie pod tym względem. Na szczęście wyglądało na to, że żaden z tamtych ludzi mnie nie rozpoznał, zbytnio byli skupieni na swoim głównym celu, to jest: aby dorwać Abigail. I wyeliminować, bo nikt nie wysyłałby uzbrojonego po zęby pułku, aby pogadać i rozmową przekonać, aby najemnik zrezygnował ze zleceń.
Przenosząc wzrok na Beryll, która z kamienną miną powstrzymywała Arenę przed ucieczką, osunąłem się na ziemię pod drzewem o wyjątkowo grubym i stosunkowo gładkim pniu. Bezwiędnie pogładziłem dłonią sypką warstwę śniegu koło mnie i znów się zamyśliłem. Onyx... Mówiła, że ma pomysł jak pozbyć się Areny i jednocześnie zdobyć to, czego potrzebuje... Ale po co? Nie mówiąc już o tym, że nawet nie miałem pojęcia o czym oni tak na prawdę mówili, czego potrzebowali, dlaczego akurat Arenę do tego wybrali... Postanowiłem zebrać wszystkie fakty, jakich się dotąd dowiedziałem. Na pewno Onyx i reszta drużyny potrzebuje czegoś na szybko, ale nie niezwłocznie, bo w takim razie nie siedzieliby spokojnie w naszej chatce, czekając na Bóg wie co. Z pewnością każdy z nich zna plan, każdy wydaje się zorientowany. Arena nie wie, co zamierzają, za to najwyraźniej sama widzi w tym jakieś korzyści dla siebie, bo - jak słusznie zauważyła Arcymag - w innym wypadku już dawno by nam się urwała, a nie bawiła się z nami udając, że próbuje zwiać. Onyx jeszcze nie poinformowała o swoim planie reszty, ale przypuszczalnie to właśnie załatwiała, gdy jej nie było. No i na pewno w końcu im powie - dlaczego bowiem miałaby poinformować o tym tylko mnie? Może liczyła na pomoc z mojej strony... A może wie, że będę wypytywać i chciała nieco zaspokoić moją ciekawość. Poza tym, czegoś nie chciała mi powiedzieć. Nie chciała zdradzić, co takiego potrzebuje i dlaczego - albo może, dla kogo? - i uargumentowała to tym, że wtedy bym im nie pomógł. Co ona planuje? Czego chce? Co przede mną ukrywa?
Zdezorientowany narastającą liczbą pytań, potrząsnąłem głową niczym pies otrzepujący się z wody. Nie mogłem już dłużej o tym wszystkim myśleć, bolała mnie głowa, poza tym, z walki z tymi skrytobójcami nie wyszedłem do końca cało - zarobiłem dość długą, choć stosunkowo płytką szramę na żebrach, teraz piekła mnie niemiłosiernie. Skrzywiłem się i potarłem ranę, a czując krople krwi na palcach, wytarłem dłoń o spodnie. Zerknąłem spod oka na resztę. Abigail, rzecz jasna, także wciąż była ranna, a teraz dodatkowo wyglądało na to, że z tego wysiłku i osłabienia zasnęła lub straciła przytomność. Przeniosłem wzrok na drugą wampirzycę. Znudzona Arena siedziała po turecku w śniegu, przy okazji ujawniając, że jej nóg także nie widać, jedynie fałdy sukni formowały się tak, jakby okrywały czyjeś szczupłe łydki. Odziane w szkarłatne sukno dłonie i przedramiona spoczywały splecione na jej piersiach. Wyraźnie dąsała się jak dziecko, ale, bądź co bądź, trzymanie jej z daleka od walki zaowocowało brakiem jakichkolwiek uszkodzeń niewidzialnego ciała. Powinna być chyba wdzięczna za ratunek - choć pewien byłem, że by sobie sama poradziła. Przewróciłem oczami i zerknąłem na Beryll, wznoszącą się nad Areną niczym góra. Wysoka kobieta zdjęła hełm i teraz lekki wiatr burzył jej krótkie włosy koloru starej, zaschniętej krwi. Miała drobną szramę na policzku, ale poza tym jej bogato zdobiony, ciężki pancerz bojowy zdał egzamin. Mimowolnie uśmiechnąłem się lekko, gdy wzrok czarnych oczu przyjaciółki prześlizgnął się po mojej sylwetce jak po jednym z wielu elementów krajobrazu. Patrzyłem dalej. Obok niej w śniegu siedziała Istri, z nudów układając biały kopczyk. Tym bardziej wyglądała jak dziecko, z tymi długimi blond włosami i wielkimi niebieskimi oczami. Nawet wyłączając oficjalny strój Senatora. Przyglądałem się Kotce nieco dłużej niż reszcie. Zdawała się w ogóle nie zauważać tego, nie zwracała także uwagi na przymilającego się do niej Jaxa, który w prezencie złożył obok niej martwą, na wpół przeżutą wiewiórkę. Ignorowała także Veran-Jay'a, który co jakiś czas mówił coś do niej w ich dialekcie. Powiernik stał najbliżej Abigail i czuwał nad jej stanem, jedną ręką dzierżąc książkę, w której lekturze zatapiał się raz po raz, a w drugiej obracając sztylet o lekko zakrzywionym ostrzu. Onyx wciąż nie było, zatem dałem sobie spokój z rozglądaniem się i oparłem się o drzewo, czując jak siły mnie opuszczają. Widziałem, że i VJ oberwał w walce, ale nieco mocniej niż ja. Onyx pewnie już by robiła jakieś złośliwe aluzje, gdyby tu była. Ewidentnie VJ pokłócił się już o to z Istri, gdyż w każdym innym wypadku ślęczała by nad nim do momentu, w którym po ranach nie pozostałyby mu nawet blizny. Powiernik najwyraźniej zbagatelizował swoje obrażenia, przez co Istri, nie mogąc go przekonać, obraziła się na niego. Przewróciłem oczami. Jak dzieci. Co do jednego, tak jak ich zapamiętałem sprzed lat... Skupiłem się na rozmowie pomiędzy Istri a VJ'em, jaką słyszałem jednym uchem, aby nie wracać myślami do przeszłości. Mógłbym... Przypomnieć sobie kogo nie trzeba.
- Istri... Nie byłoby tak, gdyby... Eh, spójrz chociaż na mnie. - dotarł do mnie cichy głos Powiernika. Został jednak całkowicie zlekceważony, zatem następnie usłyszałem łagodne westchnienie.
- Istri Camillo DeBonn. Nie każ mi używać nie-mojej szczęki dłużej, niż jest to konieczne. - widziałem, że gdyby mógł, to by się uśmiechnął, ale zamiast tego ujrzałem tylko przebłysk bólu w jego zielonych oczach. Niewątpliwie metalowa żuchwa sprawiała mu ból przy próbach powiedzenia czegoś, ale jakoś mu to nie przeszkadzało, aby wciąż zabiegać o wybaczenie Kotki. Wiedziałem, że długo się gniewać nie będzie, to nie ten typ, ale i tak podziwiałem jego wytrwałość. Ja już chyba wolałbym ją zostawić, aby to ona odpuściła, w końcu byłem upartym stworzeniem, ale on od razu czuł się winny i sam wolał przeprosić, nawet jeśli w jakiejś części miał rację. Znałem Istri tyle lat, że wiedziałem, jaka potrafiła być nachalna z tą swoją nadopiekuńczością, ale VJ zawsze zauważał tylko tyle, że chciała dobrze, niezależnie od tego o jak małą i niegroźną ranę by chodziło. Teraz zatem zamknął książkę z westchnieniem i ze zgrzytem zawiasów mechanicznej ręki podszedł do Kotki, kucając w śniegu. Wciąż na niego nie patrzyła, lepiąc ze śniegu coś w rodzaju wiewiórki. Drobnymi dłońmi kształtowała pyszczek i łapki, nie zaszczyciwszy Powiernika nawet spojrzeniem. Usta tylko zacisnęła w wąską kreskę, a niesforny kosmyk blond włosów zatknęła za ucho. Veran-Jay przez moment patrzył na nią bez słowa, po czym po prostu sięgnął do kieszeni i wyjął stamtąd kawałek węglowego rysika, jakim często bazgrał po marginesach ksiąg. Ułamał mały kawałek i wygładził go metaliczną dłonią, po czym bez słowa podał go Istri. Nie spojrzała na niego, ale przyjęła prezent, umieszczając go na pyszczku śniegowej wiewiórki jako nos. Wkrótce potem zwierzątko miało i lśniące czarne oczy, a ja złapałem wzrok VJ'a. Kiwnąłem mu głową wiedząc, że skoro Kotka Czarownicy przyjęła podarunek, to już mu wybaczyła, choć wcale nie miało to znaczyć, że VJ pozwoli się jej opatrzyć. Istri najwyraźniej to wiedziała, bo wciąż się nie odzywała do przyjaciela, ale za to usiadła w śniegu i złożyła głowę na jego ramieniu.
Westchnąłem. Abigail wciąż się nie ocknęła, a może po prostu odpoczywała. Nie wiedziałem, ale nie zdążyłbym tak czy inaczej niczego zrobić, gdyż nagle na środku kółka stworzonego przez członków drużyny zmaterializowała się w czarno-fioletowym dymie Onysablet. Aż podskoczyłem, waląc potylicą w twardą korę drzewa, ale Arcymag nawet nie zaszczyciła mnie spojrzeniem, zaklaskała tylko, aby zdobyć uwagę wszystkich obecnych.
- Panie i panowie, grunt przygotowany, powoli nadchodzi czas, aby zacząć działać. Jeśli ktoś teraz ma jakiekolwiek wątpliwości dotyczące tej akcji, rozwiejemy je wkrótce. Rezygnację przyjmuję tylko teraz, później nie będzie odwrotu. Na wszelkie pytania niebawem znajdą się odpowiedzi, wszystko zrozumiecie i zaplanujecie. - mówiąc to zerknęła na mnie z ukosa, posyłając mi jednocześnie drwiący uśmieszek, po czym na ramiona Arcymag wypełzły pomarańczowe nitki magii i ona sama zniknęła w kłębie fioletowego dymu. Zdezorientowany rozejrzałem się niemrawo. Beryll jak stała, tak stała, a Arena przed nią cieszyła się jak dziecko. VJ z Istri dalej rozmawiali cicho, choć zauważyłem, że na czas wywodu Onyx umilkli i dopiero teraz wznowili dyskusję. Nikt nie wydawał się być poruszony tym przedstawieniem Onyx. Czy na prawdę tylko mnie dezorientuje tak jej nagłe pojawianie się i znikanie?
Otrząsnąłem się i opadłem z powrotem na śnieg z niewygodnej pozycji półklęczącej, do jakiej zerwałem się przestraszony przez Onysablet. Teraz jednak złożyłem głowę na pniu i zawołałem Jaxa. Zamiast jednak chłodnego wilczego nosa na dłoni, poczułem czyjś dotyk na moim ramieniu. Przestraszony nie zdążyłem nawet nic powiedzieć, bo dłoń błyskawicznie przeniosła się z mojego barku na twarz, uniemożliwiając wykrztuszenie nawet słowa. Przez chwilę zastanowiłem się, czy nie ugryźć napastnika w palec, ale zawahałem się i dobrze zrobiłem, bo sekundę później świat zawirował i zamiast siedzieć pod drzewem, stałem już z jego drugiej strony. Co dziwne nikt chyba nawet nie zobaczył mojego zniknięcia, sam jednak zarejestrowałem, że zaskoczył mnie nie kto inny jak Onyx, która teraz mnie puściła, przybierając na twarz złośliwy uśmiech.
- Na prawdę chciałeś mnie użreć, Wendigo?
Żachnąłem się tylko, ale dalej przewiercała mnie wzrokiem, więc posłałem jej spojrzenie z ukosa.
- Jeśli myślisz, że teraz ci wszystko powiem, to jesteś w błędzie. Dowiesz się w swoim czasie. - poinformowała mnie chłodno, gdy otworzyłem usta, aby coś powiedzieć.
- To znaczy: wtedy, kiedy inni? - uniosłem brew i założyłem ręce na piersi. Onyx powtórzyła moje ruchy.
- To znaczy: wtedy, gdy uznam to za stosowne. - zmroziła mnie wzrokiem, ale nawet przez myśl mi nie przeszło, aby się z nią teraz kłócić, nie miałem na to siły. Pozostawało mi tylko mieć nadzieję, że pozwoli mi iść razem z całą drużyną, a nie zostawi na pastwę losu.
Arcymag chyba odczytała moje myśli, bo wykrzywiła twarz w drwiącym uśmiechu.
- A propos porzucania na pastwę losu... Nawet nie pomyślałeś, co zrobisz z nią, prawda? - tu wskazała na siedzącą pod drzewem Abigail. Zakląłem. Faktycznie, nie wpadło mi do głowy, że przecież wampirzyca chyba nie będzie uczestniczyć w akcji, nie znała szczegółów, nic by z tego nie miała i jeszcze w dodatku jest ranna. Nie wyglądało mi to dobrze.
- Myślę, że powinniśmy odprowadzić ją do jej domu. Albo gdziekolwiek chciałaby, abyśmy ją odprowadzili, nie wiem, może nie ma domu. Ale wydaje mi się, że skoro ona mówiła o jakimś przyjacielu w miejscu, gdzie powinna rządzić... To my mamy obowiązek poinformować go o jej stanie. Nie jest z nią dobrze. Powinien wiedzieć. - wpatrzyłem się twardo w oczy Onyx, ale i tak nie mogłem nic z nich wyczytać, jedynie jak zwykle uśmiechała się złośliwie, ale nawet nie potrafiłem stwierdzić czy szczerze.
- Dziecko się przejęło? - zaśmiała się, nic sobie nie robiąc z mojego dziwnego wyrazu twarzy. - W porządku, Wendigo, jak sobie chcesz. Możemy ją odprowadzić i dopiero rozpocząć akcję, wszystko jest monitorowane przez zaufaną osobę, więc w razie jakichkolwiek komplikacji będę o tym wiedzieć. Mamy czas. - zerknęła przeciągle na Abigail i znów rozwiała się w dym. Było to o tyle niespodziewane, że wydarłem się krótko i wyskoczyłem zza drzewa, o mało nie wpadając na Arenę. Wszyscy spojrzeli na mnie jak na kogoś niespełna rozumu.
- Zapoznaj wesołą gromadkę z nowym planem, mon ami. Czekam. - rozległo się jeszcze tylko, a zwielokrotniony echem głos Onyx pobrzmiewał jeszcze chwilę w moich myślach.

<Abigail?>

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Szablon wykonała prudence. z Panda Graphics.