poniedziałek, 21 maja 2018

ZAMYKAMY

BLOG PO TRZECH LATACH ŻYWOTNOŚCI ZOSTAJE UROCZYŚCIE ZAMKNIĘTY
W DNIACH 15-20 CZERWCA PRZEWIDYWANE BĘDZIE JEGO ZUPEŁNE USUNIĘCIE
http://zlotaarmia.blogspot.com/2015/09/notatka-za-obrazem-w-sali-tronowej.html

sobota, 21 kwietnia 2018

Od Bluvertigo CD Abigail

Nie miałem pojęcia co o tym wszystkim myśleć. Abigail okazała się być jakąś płatną zabójczynią - tutaj zacząłem się poważnie zastanawiać nad tym, czy przypadkiem nasze spotkanie na pewno nie było przez nią wcześniej zaplanowane - i w dodatku teraz polowano na nią, a skoro już raz ją znaleźli, ktokolwiek by to nie był, na pewno zrobią to po raz kolejny. A wtedy znajdą i nas.
Pokręciłem głową, krzywiąc się. Nie potrzeba mi jeszcze więcej atencji, to już wystarczająco dużo biorąc pod uwagę fakt, że ukrywałem się i dopóki nie spotkałem całego tego towarzystwa to szło mi nawet znośnie pod tym względem. Na szczęście wyglądało na to, że żaden z tamtych ludzi mnie nie rozpoznał, zbytnio byli skupieni na swoim głównym celu, to jest: aby dorwać Abigail. I wyeliminować, bo nikt nie wysyłałby uzbrojonego po zęby pułku, aby pogadać i rozmową przekonać, aby najemnik zrezygnował ze zleceń.
Przenosząc wzrok na Beryll, która z kamienną miną powstrzymywała Arenę przed ucieczką, osunąłem się na ziemię pod drzewem o wyjątkowo grubym i stosunkowo gładkim pniu. Bezwiędnie pogładziłem dłonią sypką warstwę śniegu koło mnie i znów się zamyśliłem. Onyx... Mówiła, że ma pomysł jak pozbyć się Areny i jednocześnie zdobyć to, czego potrzebuje... Ale po co? Nie mówiąc już o tym, że nawet nie miałem pojęcia o czym oni tak na prawdę mówili, czego potrzebowali, dlaczego akurat Arenę do tego wybrali... Postanowiłem zebrać wszystkie fakty, jakich się dotąd dowiedziałem. Na pewno Onyx i reszta drużyny potrzebuje czegoś na szybko, ale nie niezwłocznie, bo w takim razie nie siedzieliby spokojnie w naszej chatce, czekając na Bóg wie co. Z pewnością każdy z nich zna plan, każdy wydaje się zorientowany. Arena nie wie, co zamierzają, za to najwyraźniej sama widzi w tym jakieś korzyści dla siebie, bo - jak słusznie zauważyła Arcymag - w innym wypadku już dawno by nam się urwała, a nie bawiła się z nami udając, że próbuje zwiać. Onyx jeszcze nie poinformowała o swoim planie reszty, ale przypuszczalnie to właśnie załatwiała, gdy jej nie było. No i na pewno w końcu im powie - dlaczego bowiem miałaby poinformować o tym tylko mnie? Może liczyła na pomoc z mojej strony... A może wie, że będę wypytywać i chciała nieco zaspokoić moją ciekawość. Poza tym, czegoś nie chciała mi powiedzieć. Nie chciała zdradzić, co takiego potrzebuje i dlaczego - albo może, dla kogo? - i uargumentowała to tym, że wtedy bym im nie pomógł. Co ona planuje? Czego chce? Co przede mną ukrywa?
Zdezorientowany narastającą liczbą pytań, potrząsnąłem głową niczym pies otrzepujący się z wody. Nie mogłem już dłużej o tym wszystkim myśleć, bolała mnie głowa, poza tym, z walki z tymi skrytobójcami nie wyszedłem do końca cało - zarobiłem dość długą, choć stosunkowo płytką szramę na żebrach, teraz piekła mnie niemiłosiernie. Skrzywiłem się i potarłem ranę, a czując krople krwi na palcach, wytarłem dłoń o spodnie. Zerknąłem spod oka na resztę. Abigail, rzecz jasna, także wciąż była ranna, a teraz dodatkowo wyglądało na to, że z tego wysiłku i osłabienia zasnęła lub straciła przytomność. Przeniosłem wzrok na drugą wampirzycę. Znudzona Arena siedziała po turecku w śniegu, przy okazji ujawniając, że jej nóg także nie widać, jedynie fałdy sukni formowały się tak, jakby okrywały czyjeś szczupłe łydki. Odziane w szkarłatne sukno dłonie i przedramiona spoczywały splecione na jej piersiach. Wyraźnie dąsała się jak dziecko, ale, bądź co bądź, trzymanie jej z daleka od walki zaowocowało brakiem jakichkolwiek uszkodzeń niewidzialnego ciała. Powinna być chyba wdzięczna za ratunek - choć pewien byłem, że by sobie sama poradziła. Przewróciłem oczami i zerknąłem na Beryll, wznoszącą się nad Areną niczym góra. Wysoka kobieta zdjęła hełm i teraz lekki wiatr burzył jej krótkie włosy koloru starej, zaschniętej krwi. Miała drobną szramę na policzku, ale poza tym jej bogato zdobiony, ciężki pancerz bojowy zdał egzamin. Mimowolnie uśmiechnąłem się lekko, gdy wzrok czarnych oczu przyjaciółki prześlizgnął się po mojej sylwetce jak po jednym z wielu elementów krajobrazu. Patrzyłem dalej. Obok niej w śniegu siedziała Istri, z nudów układając biały kopczyk. Tym bardziej wyglądała jak dziecko, z tymi długimi blond włosami i wielkimi niebieskimi oczami. Nawet wyłączając oficjalny strój Senatora. Przyglądałem się Kotce nieco dłużej niż reszcie. Zdawała się w ogóle nie zauważać tego, nie zwracała także uwagi na przymilającego się do niej Jaxa, który w prezencie złożył obok niej martwą, na wpół przeżutą wiewiórkę. Ignorowała także Veran-Jay'a, który co jakiś czas mówił coś do niej w ich dialekcie. Powiernik stał najbliżej Abigail i czuwał nad jej stanem, jedną ręką dzierżąc książkę, w której lekturze zatapiał się raz po raz, a w drugiej obracając sztylet o lekko zakrzywionym ostrzu. Onyx wciąż nie było, zatem dałem sobie spokój z rozglądaniem się i oparłem się o drzewo, czując jak siły mnie opuszczają. Widziałem, że i VJ oberwał w walce, ale nieco mocniej niż ja. Onyx pewnie już by robiła jakieś złośliwe aluzje, gdyby tu była. Ewidentnie VJ pokłócił się już o to z Istri, gdyż w każdym innym wypadku ślęczała by nad nim do momentu, w którym po ranach nie pozostałyby mu nawet blizny. Powiernik najwyraźniej zbagatelizował swoje obrażenia, przez co Istri, nie mogąc go przekonać, obraziła się na niego. Przewróciłem oczami. Jak dzieci. Co do jednego, tak jak ich zapamiętałem sprzed lat... Skupiłem się na rozmowie pomiędzy Istri a VJ'em, jaką słyszałem jednym uchem, aby nie wracać myślami do przeszłości. Mógłbym... Przypomnieć sobie kogo nie trzeba.
- Istri... Nie byłoby tak, gdyby... Eh, spójrz chociaż na mnie. - dotarł do mnie cichy głos Powiernika. Został jednak całkowicie zlekceważony, zatem następnie usłyszałem łagodne westchnienie.
- Istri Camillo DeBonn. Nie każ mi używać nie-mojej szczęki dłużej, niż jest to konieczne. - widziałem, że gdyby mógł, to by się uśmiechnął, ale zamiast tego ujrzałem tylko przebłysk bólu w jego zielonych oczach. Niewątpliwie metalowa żuchwa sprawiała mu ból przy próbach powiedzenia czegoś, ale jakoś mu to nie przeszkadzało, aby wciąż zabiegać o wybaczenie Kotki. Wiedziałem, że długo się gniewać nie będzie, to nie ten typ, ale i tak podziwiałem jego wytrwałość. Ja już chyba wolałbym ją zostawić, aby to ona odpuściła, w końcu byłem upartym stworzeniem, ale on od razu czuł się winny i sam wolał przeprosić, nawet jeśli w jakiejś części miał rację. Znałem Istri tyle lat, że wiedziałem, jaka potrafiła być nachalna z tą swoją nadopiekuńczością, ale VJ zawsze zauważał tylko tyle, że chciała dobrze, niezależnie od tego o jak małą i niegroźną ranę by chodziło. Teraz zatem zamknął książkę z westchnieniem i ze zgrzytem zawiasów mechanicznej ręki podszedł do Kotki, kucając w śniegu. Wciąż na niego nie patrzyła, lepiąc ze śniegu coś w rodzaju wiewiórki. Drobnymi dłońmi kształtowała pyszczek i łapki, nie zaszczyciwszy Powiernika nawet spojrzeniem. Usta tylko zacisnęła w wąską kreskę, a niesforny kosmyk blond włosów zatknęła za ucho. Veran-Jay przez moment patrzył na nią bez słowa, po czym po prostu sięgnął do kieszeni i wyjął stamtąd kawałek węglowego rysika, jakim często bazgrał po marginesach ksiąg. Ułamał mały kawałek i wygładził go metaliczną dłonią, po czym bez słowa podał go Istri. Nie spojrzała na niego, ale przyjęła prezent, umieszczając go na pyszczku śniegowej wiewiórki jako nos. Wkrótce potem zwierzątko miało i lśniące czarne oczy, a ja złapałem wzrok VJ'a. Kiwnąłem mu głową wiedząc, że skoro Kotka Czarownicy przyjęła podarunek, to już mu wybaczyła, choć wcale nie miało to znaczyć, że VJ pozwoli się jej opatrzyć. Istri najwyraźniej to wiedziała, bo wciąż się nie odzywała do przyjaciela, ale za to usiadła w śniegu i złożyła głowę na jego ramieniu.
Westchnąłem. Abigail wciąż się nie ocknęła, a może po prostu odpoczywała. Nie wiedziałem, ale nie zdążyłbym tak czy inaczej niczego zrobić, gdyż nagle na środku kółka stworzonego przez członków drużyny zmaterializowała się w czarno-fioletowym dymie Onysablet. Aż podskoczyłem, waląc potylicą w twardą korę drzewa, ale Arcymag nawet nie zaszczyciła mnie spojrzeniem, zaklaskała tylko, aby zdobyć uwagę wszystkich obecnych.
- Panie i panowie, grunt przygotowany, powoli nadchodzi czas, aby zacząć działać. Jeśli ktoś teraz ma jakiekolwiek wątpliwości dotyczące tej akcji, rozwiejemy je wkrótce. Rezygnację przyjmuję tylko teraz, później nie będzie odwrotu. Na wszelkie pytania niebawem znajdą się odpowiedzi, wszystko zrozumiecie i zaplanujecie. - mówiąc to zerknęła na mnie z ukosa, posyłając mi jednocześnie drwiący uśmieszek, po czym na ramiona Arcymag wypełzły pomarańczowe nitki magii i ona sama zniknęła w kłębie fioletowego dymu. Zdezorientowany rozejrzałem się niemrawo. Beryll jak stała, tak stała, a Arena przed nią cieszyła się jak dziecko. VJ z Istri dalej rozmawiali cicho, choć zauważyłem, że na czas wywodu Onyx umilkli i dopiero teraz wznowili dyskusję. Nikt nie wydawał się być poruszony tym przedstawieniem Onyx. Czy na prawdę tylko mnie dezorientuje tak jej nagłe pojawianie się i znikanie?
Otrząsnąłem się i opadłem z powrotem na śnieg z niewygodnej pozycji półklęczącej, do jakiej zerwałem się przestraszony przez Onysablet. Teraz jednak złożyłem głowę na pniu i zawołałem Jaxa. Zamiast jednak chłodnego wilczego nosa na dłoni, poczułem czyjś dotyk na moim ramieniu. Przestraszony nie zdążyłem nawet nic powiedzieć, bo dłoń błyskawicznie przeniosła się z mojego barku na twarz, uniemożliwiając wykrztuszenie nawet słowa. Przez chwilę zastanowiłem się, czy nie ugryźć napastnika w palec, ale zawahałem się i dobrze zrobiłem, bo sekundę później świat zawirował i zamiast siedzieć pod drzewem, stałem już z jego drugiej strony. Co dziwne nikt chyba nawet nie zobaczył mojego zniknięcia, sam jednak zarejestrowałem, że zaskoczył mnie nie kto inny jak Onyx, która teraz mnie puściła, przybierając na twarz złośliwy uśmiech.
- Na prawdę chciałeś mnie użreć, Wendigo?
Żachnąłem się tylko, ale dalej przewiercała mnie wzrokiem, więc posłałem jej spojrzenie z ukosa.
- Jeśli myślisz, że teraz ci wszystko powiem, to jesteś w błędzie. Dowiesz się w swoim czasie. - poinformowała mnie chłodno, gdy otworzyłem usta, aby coś powiedzieć.
- To znaczy: wtedy, kiedy inni? - uniosłem brew i założyłem ręce na piersi. Onyx powtórzyła moje ruchy.
- To znaczy: wtedy, gdy uznam to za stosowne. - zmroziła mnie wzrokiem, ale nawet przez myśl mi nie przeszło, aby się z nią teraz kłócić, nie miałem na to siły. Pozostawało mi tylko mieć nadzieję, że pozwoli mi iść razem z całą drużyną, a nie zostawi na pastwę losu.
Arcymag chyba odczytała moje myśli, bo wykrzywiła twarz w drwiącym uśmiechu.
- A propos porzucania na pastwę losu... Nawet nie pomyślałeś, co zrobisz z nią, prawda? - tu wskazała na siedzącą pod drzewem Abigail. Zakląłem. Faktycznie, nie wpadło mi do głowy, że przecież wampirzyca chyba nie będzie uczestniczyć w akcji, nie znała szczegółów, nic by z tego nie miała i jeszcze w dodatku jest ranna. Nie wyglądało mi to dobrze.
- Myślę, że powinniśmy odprowadzić ją do jej domu. Albo gdziekolwiek chciałaby, abyśmy ją odprowadzili, nie wiem, może nie ma domu. Ale wydaje mi się, że skoro ona mówiła o jakimś przyjacielu w miejscu, gdzie powinna rządzić... To my mamy obowiązek poinformować go o jej stanie. Nie jest z nią dobrze. Powinien wiedzieć. - wpatrzyłem się twardo w oczy Onyx, ale i tak nie mogłem nic z nich wyczytać, jedynie jak zwykle uśmiechała się złośliwie, ale nawet nie potrafiłem stwierdzić czy szczerze.
- Dziecko się przejęło? - zaśmiała się, nic sobie nie robiąc z mojego dziwnego wyrazu twarzy. - W porządku, Wendigo, jak sobie chcesz. Możemy ją odprowadzić i dopiero rozpocząć akcję, wszystko jest monitorowane przez zaufaną osobę, więc w razie jakichkolwiek komplikacji będę o tym wiedzieć. Mamy czas. - zerknęła przeciągle na Abigail i znów rozwiała się w dym. Było to o tyle niespodziewane, że wydarłem się krótko i wyskoczyłem zza drzewa, o mało nie wpadając na Arenę. Wszyscy spojrzeli na mnie jak na kogoś niespełna rozumu.
- Zapoznaj wesołą gromadkę z nowym planem, mon ami. Czekam. - rozległo się jeszcze tylko, a zwielokrotniony echem głos Onyx pobrzmiewał jeszcze chwilę w moich myślach.

<Abigail?>

poniedziałek, 16 kwietnia 2018

Od Abigail do Bluvertigo

Bałam się ich reakcji, ale jakoś nikt zbyt źle... Na razie... Na mnie nie reagował. Siedziałam tak dalej pod tym drzewem skulona. Rozglądałam się za drogą ucieczki, ale takowa obecnie w moim stanie nie istniała. "Łowcy i tak by przeczesali tą chatkę" Tłumaczyłam sobie w myślach, skulona. Ręka już minimalnie mniej mnie bolała, ale było i tak widać czerwone ślady, które się mikroskopijnie powiększały. Równie dobrze mogłam bym teraz wrócić na zamek i tam się wykurować. Gdyby Alfred widział mnie w tym stanie to chyba by się popłakał i nie prędko by mnie wypuścił, ale miałam bym pewność bezpieczeństwa i przyjaciela przy boku, już mało mi ich zostało. Poczułam, że chyba łza spłynęła mi po policzku, ale musiałam być silna. Nie mogłam się poddać, nie w takim momencie. Nie mogę zostawić tak Alfreda bez niewiedzy o tym co się ze mną stało. On tam na mnie czeka. Widzę czasem w tafli wody jak wychodzi na balkon w moim pokoju i na coś czeka patrząc w gwiazdy. Czyżby czekał na mój powrót? Ale po co przecież jestem nic nie wartym śmieiem, którego szuka cały świat i włóczy się bez konkretnego celu. Co z tego, że ratowałam też życie to nic mi nie da. Nic nie odkupi moich win. Nigdy... Jedyne co mi pozostaje to żyć i nie trafić na sąd tam gdzieś w górze, bo sama nie wiem jak by się to skończyło. Przed tym jak zostałam wampirem byłam wierząca i nadal pozostaję, no z małymi zmianami, ale jednak.
Gdybym nie używała wtedy magii mogłam bym teraz przeteleportować się gdzieś indziej i zniknąć w odmętach zapomnienia. Obecnie byłam okropnie zmęczona i lekko osłabiona, a powieki same mi się zamykały. Nie obchodziło mnie nawet to, że mogłam być w niebezpieczeństwie. Zasnęłam.

Stałam na zewnątrz i przyglądałam się płonącemu domu nad urwiskiem, w pośpiechu szukałam wejścia lub sposobu, aby się tam dostać. Obiegłam dom paręnaście razy, w końcu znalazłam wejście w oknie u góry. Weszłam do pokoju dziecka, nie zajął się on jeszcze ogniem. Był przepełniony książkami, magicznymi reliktami, ziołami, naszyjnikami, kadzidłami i przeróżnymi runami i tego typu rzeczami. Był on bardzo duży i przestronny. Na ścianach były powywieszane różne notatki. Przez niektóre zabawki mogło się wydawać, ze jest to pokój dziewięciolatki lecz pozostałe rzeczy na to nie wskazywały. Gdzieś w koncie stał nawet różowy jednorożec. Łóżko było z drewna z różnymi kolorowymi firankami, można było powiedzieć, że było "wróżkowe". Rozglądnęłam się jeszcze raz. Nikogo tu na szczęście nie było. Kiedy zaczęłam iść w stronę drzwi, aby zbiec na dół podłoga pode mną się zawaliła, a ja upadłam na kamienną posadzkę. Co było dziwne bardzo mnie to bolało i czułam gorąco, które biło od płomieni. Było to dla mnie coś nowego, chyba skręciłam kostkę. Nie zastanawiałam się nad tym za bardzo. Stałam w samym centrum pożaru. Dobiegły mnie krzyki z pokoju obok. Ledwo wstałam i kulejąc tam podeszłam. Czułam, że muszę tam wejść, pomóc. W końcu dotarłam do drzwi. Nie mogłam otworzyć drzwi, moje moce tu nie działały. Tak samo siła i wszystko co posiadałam, nie mogłam nawet polegać na zwykłej sile, którą wykształciłam przez ćwiczenia. Nie mogłam nic zrobić, a krzyki się nasilały. Usłyszałam dobiegający z środka głos mężczyzny.- Gdzie jest wasza córka - krzyczał z irytacją, słyszałam kroki.- Nic wam nie powiemy - mówił z odwagą inny męski głos.- To nic - odparł bez skruchy - Zatem was spalimy, a ona się znajdzie - mówił z stoickim spokojem - Sama nie mogła daleko uciec, a w lesie czeka na nią śmierć - zaczął złowieszczo się śmiać.
- Nie doceniasz jej. Ona nie jest zwykłą elfką - powiedziała jakaś kobieta, po czym usłyszałam, że ktoś dostał z liścia.
- Milcz rybo - wykrzyczał oprawca. - Nie przerywa mi się. A gdyby nie była wyjątkowa to po co byśmy tutaj przychodzili? A nikt sobie nie poradzi z wampirami, które grasują w tym lesie, a już na pewno nie dziecko.
- Ona prędzej by się z nimi zbratała niż dała zabić - znowu wtrąciła kobieta.
- Czy ja ci coś mówiłem?! - wywrzeszczał - Może zaraz ci język odetnę i już nic nie zaśpiewasz? Hmm? - po chwili się uspokoił. - To ja was może tutaj tak zostawię - powiedział po czym usłyszałam kroki i ciszę z cichym szlochem.
Drzwi puściły i wbiegłam tam nie zważając na ból w kostce. W środku był tylko pewien mężczyzna razem z kobieta, trzymali się za ręce, wtuleni w siebie.
- Mama? Tata? - powiedziałam prawie bezgłośnie z łzami w oczach. Jak najszybciej do nich podbiegłam mijając płomienie. Już prawie ich złapałam, ale nagle podłoga pod nimi się zapadła, czas wydawał się zwolnić, moja mama razem z tatą patrzyli z troską i spokojem w moje oczy, nie spuszczając mnie z oczu nawet w takiej chwili. Upadłam na kolana i schowałam twarz w dłonie po czym poczułam wielki potok łez na mojej twarzy i rękach, gasiły one płomienie zbierające się dookoła mnie. Za mną po cichu szedł mężczyzna, przez którego oni zginęli i nie jesteśmy już razem. Nie stawiałam oporu. Ja... już nic nie chciałam. Poczułam jedynie przeszywający ból przechodzący przez plecy, a następnie przeszywający serce, to które było już złamane zostało rozdarte i nic go już nie naprawi


Obudziłam się cała spocona i zalana łzami. Nie wiem jak długo spałam, ani gdzie byłam.


(Bluvertigo(Vertigo)? Wybacz mi, że tak długo czekałaś, ale miałam pełno spraw na głowie i bardzo ograniczony dostęp do komputera, ale w końcu mi się udało)

niedziela, 1 kwietnia 2018

Od Bluvertigo CD Abigail

Odebrałem kartkę od Abigail, ledwie rzucając na nią okiem. Następnie podałem ją Istri, która zgromiła mnie wzrokiem i telekinezą zabrała mi list, wskakując w postaci kotki na gałąź drzewa za mną. Chyba myślała, że pozostawiam wszędzie odciski palców, a ona najwyraźniej chciała zbadać kartkę za pomocą magii. Wzruszyłem ramionami, ale słysząc Abigail natychmiast odezwał się VJ.
- Wiem... - zielone oczy mężczyzny łagodnie przebiegały po twarzy rannej dziewczyny. Gdzieś z tyłu słyszałem ciche przekleństwa rzucane przez Arenę. Najwyraźniej tym razem uziemiła ją Beryll. Wyrzuciłem jednak wampirzycę z myśli, skupiając się na tym, co mówił Powiernik. Ja sam nigdy nie słyszałem i kimś takim, ale cóż, może się jeszcze czegoś dowiem.
- Słyszałem wielokrotnie o pewnym... Skrytobójcy, chyba mogę tak rzec... Który używa takiego pseudonimu. Morduje bezszelestnie, szybko, nie zostawiając śladów, nie da się go namierzyć. Jestem jednak pewien, że jest kobietą. Oraz że ci, którzy nas napadli, nie zostali przez nią przysłani. - Veran-Jay założył ręce na piersi, gdy nagle Istri skoczyła mu z gałęzi na ramiona, ogonem muskając jego policzek, zanim zeskoczyła na ziemię. Mężczyzna wydawał się szczerze zdumiony - nie nagłym pojawieniem się Kotki, to robiła często, woląc chadzać jako kot, niż człowiek. Zdezorientowało go coś, co Kotka przekazała mu telepatycznie, dotykając go przez moment.
- Jesteś pewna? - szepnął do Istri, a ta potwierdziła to miauknięciem, kierując wzrok swoich niebieskich oczu na Abigail. Nie rozumiejąc o co chodzi, patrzyłem to na Powiernika, to na Kotkę, to na wampirzycę.
- O co wam chodzi? Kim jest niby ten Raven-cośtam?
- Bloody Raven... - poprawiła mnie bezwiednie Abigail, wpatrując się w VJ'a. Ten z kolei patrzył się na nią, wciąż będąc w szoku. W końcu Istri nie wytrzymała i przewróciła oczami, nagle zmieniając kształt na ludzki.
- Ave, to ona jest Bloody Raven. - rzuciła wampirzycy spojrzenie, a ta spuściła głowę, wpatrując się w swoje kolana. Chyba się nad czymś zastanawiała. Istri zerknęła na mnie i zmarszczyła brwi.
- Zamknij usta, Veri, bo wyglądasz, jakbyś był niespełna rozumu.
Posłusznie się zamknąłem, ale jakoś ciężko było mi ogarnąć sytuację. Kim w ogóle jest ta cała Bloody Raven? Oprócz tego, że Istri twierdzi, iż to Abigail nią jest? Niby zerknąłem na ten list, ale szybko zapomniałem, co w nim było. Wyglądało jednak na to, że ktoś wysłał tamtych ludzi, aby zabili właśnie Abigail, ponieważ - uwaga - ona kogoś zabiła. Ponieważ chyba pisali coś o ofierze? Zmarszczyłem brwi i wyrwałem Istri kartkę z dłoni, znów zaczynając ją czytać.
- Chcesz powiedzieć, że... Zaatakowali nas tylko dlatego, że ty tam byłaś? - wbiłem w nią oskarżycielskie spojrzenie, ale VJ zaraz położył mi rękę na ramieniu, gotów odebrać ode mnie wszelkie negatywne emocje.
- Jestem spokojny. - zapewniłem go i potrząsnąłem głową. Chciałem coś jeszcze powiedzieć, ale podeszła do nas Beryll, ciągnąc za sobą za rękę Arenę niczym wielką, pluszową... Ee... Sukienkę? Od wampirzycy aż buchało niezadowolenie, ale naburmuszona milczała, za co byłem wdzięczny. Chyba Beryll jak dotąd najlepiej udało się spacyfikować złodziejkę.
- Czyli co teraz? - spytałem, odrywając wzrok od promieniującej spokojem pani rycerz. - Jeśli raz ją zaatakowali, mogą spróbować i drugi raz, a biorąc pod uwagę, iż ich wszystkich wybiliśmy, teraz należałoby się spodziewać czegoś znacznie gorszego. Już w ogóle pomijając fakt, że - jeśli to prawda - to ona jest dokładnie tego samego sortu co ta cała wasza Lady In Red, a to znaczy, że nie można jej ufać. Przecież ona może tu być wcale nie przypadkiem, tylko mieć na kogoś z nas zlecenie zabójstwa! - nakręcałem się coraz bardziej, ale reszta patrzyła się na mnie dość sceptycznie, oprócz Beryll, z której twarzy nie dało się nic wyczytać, oraz Onyx, która jak zwykle miała na twarzy złośliwy półuśmieszek.
Chwila, Onyx?!
A ta skąd tu się wzięła?
Nawet jeśli była z nami już wcześniej, nie zarejestrowałem tego, najwyraźniej będąc zbytnio skupiony na ucieczce. Teraz jednak zauważyłem, że przyjaciółka kiwa na mnie palcem. Więc westchnąłem i przeprosiłem na chwilę towarzystwo. Przeszedłem za Arcymag spory kawałek, gdzie Onyx oparła się nonszalancko o drzewo i założyła ręce na piersi. Milczała tak długo, że aż uniosłem brwi.
- ?
Westchnęła.
- Mam pewne informacje. A raczej... Wiem już, jak zaradzić tym wszystkim możliwym do spełnienia nieudanym akcjom, jeśli nasza Panienka w Czerwieni postanowi nas wystawić. - uniosła brwi. - Chcesz tego wysłuchać, czy wolisz wracać do radosnej gromadki?
Pokręciłem głową, widząc jej drwiący uśmieszek.
- Gadaj. Długo tu zostać nie możemy.
- Oh, Veri, niby jesteś dorosły, a takie jeszcze dziecko z ciebie. - zaśmiała się delikatnie, a gdy oburzyłem się święcie, nie wiedząc, co powiedzieć, kontynuowała. - Jak pewnie wiesz... - przerwała, zlustrowała mnie wzrokiem, po czym uniosła wymownie brwi. - Albo i nie... - Przewróciła oczami. - Arena potrzebna jest nam, aby zdobyć coś, czego drogą prawa nie moglibyśmy zobaczyć nigdy na oczy. Nie jest to coś wagi państwowej, oczywiście. - żachnęła się. - Ale jest na tyle ważne, że będzie dobrze strzeżone. Albo zdobędziemy to łamiąc prawo, albo... Eh, c'est la vie.
- Ale... Co to niby je... - spróbowałem się wtrącić, ale Onyx spiorunowała mnie wzrokiem z taką siłą, że niemalże czułem ozon w powietrzu. Przełknąłem tylko ślinę i machnąłem dłonią, aby kontynuowała.
- Dobrze wiesz, że z prawem nigdy nie byłam na bakier i nigdy nie będę, to jest jedyny wyjątek, ponieważ bez tego... - pokręciła głową. - Nie mogę ci teraz powiedzieć. Po prostu nie mogę. Pewnie byś nam wtedy nie pomógł. - znów przewróciła oczami i westchnęła, lustrując mnie wzrokiem. - Można powiedzieć, że aby choć odrobinę podnieść swoje morale po tym ohydnym występku, jakiego zamierzamy się dopuścić, załatwiłam już Szkarłatkowi bilet w jedną stronę do paki.
Słuchałem jej uważnie, w milczeniu. Po chwili na moją twarz wypełzł szeroki uśmiech, zrazu niepewny, jednak później szczerszy, gdy i ona się rozpromieniła jak dynia w Halloween. Nagle jednak zerknąłem z przestrachem za siebie. Przecież to wampiry, mogły nas usłyszeć. Jednak Onyx tylko machnęła dłonią lekceważąco.
- Spokojnie, złotko, wokół nas jest nienaruszalna bariera chroniąca nas od wszystkich ciekawskich uszu. Arena jest zbyt rozproszona, aby mogła się przez nią przebić, a Abigail zbyt osłabiona. Poza tym, bądźmy szczerzy, jeśli Arena chciałaby nas naprawdę wykiwać, zrobiłaby to już dawno, tak samo jak Abigail już dawno mogłaby nas zabić. No... Przynajmniej część z nas. - usłyszałem jej mrożący krew w żyłach cichy śmiech, a gdy spojrzałem w jej stronę ponownie - już jej nie było. Tylko ten śmiech jeszcze unosił się w powietrzu. Wzdrygnąłem się i wróciłem do reszty.

<Abigail? Co prawda mówiłam, że Onyx pojawi się później (w sensie u mnie...), ale cóż. No i te dwa wyraźniej bijące serca należały do Jaxa i Istri, bo jedno jest wilkiem, a drugie było zmienione w kota, a naturalnie zwierzęta oddychają znacznie szybciej niż ludzie xD

sobota, 24 marca 2018

Od Abigail do Bluvertigo

Moje tętno zwolniło. Czas dla mnie i Areny płynął inaczej. Prawie tak samo jak podczas gry w karty, ale teraz to nie było tak bardzo zależne od nas. Byłyśmy w niebezpieczeństwie. Napastnicy wpadali przez wszystkie możliwe dziury. VJ kazał nam zostać. Z Areną wymieniłyśmy spojrzenia nie mogłyśmy nic zrobić. Ja byłam ranna, a jeżeli ona by zaczęła coś robić mogli by to uznać za ucieczkę. Jedynie mogłyśmy się bronić. Wzięłam moją torbę i wyciągnęłam z niej sztylet. Następnie zmniejszyłam ją do rozmiaru torebki i przewiesiłam przez ramie. Wzięłam sztylet do zdrowej ręki. W naszą stronę biegła jakaś postać zaraz przed tym jak nas wpadła miała w szyi sztylet. Wyciągnęłam go i szykowałam się do obrony. Spojrzałam w stronę jednej z ścian i przyjrzałam się. Nie ma za nią nikogo żywego. Podbiegłam do niej i siłami jakimi zdobyłam o odpoczynku w tej chatce użyłam magi. Narysowałam prostokąt wielkości człowieka i poruszyłam ustami układając wyraz "Transiebat". Miejsce, które naznaczyłam stało się w połowie przeźroczyste.
- Tędy - krzyknęłam. A wszyscy prawie jak na komendę po skończeniu "sprawy" odwrócili się i poszli za mną. Byliśmy na zewnątrz, a przejście się zamknęło nie zostawiając śladu w ścianie. Nasi przeciwnicy zorientowali się co się właśnie stało i pobiegli za nami. Śnieg już zaczynał topnieć. Uśmiechnęłam się. Nie wiem jak mogłam w takiej sytuacji myśleć o takich rzeczach. Beryll bardzo dobrze walczyła w zwarciu. Przeciwnicy padali jak muchy, ale równie szybko się pojawiali. Rzuciłam ostrze w kogoś kto właśnie chciał zaatakować Avalanche od tyłu. padł martwy, ale straciłam broń. Avalanche mi do niego nie pasuje. O czym ja myślę w takich chwilach. Kobieto ogarnij się myśl, myśl. Stałam tak myśląc, a w moja stronę biegła czarna postać, zresztą taka sama jak inne. Odruchowo uniosłam dłoń i postać skończyła przebita lodem. Było ich coraz mniej, ale w miarę dawaliśmy sobie radę.
- Arena musimy im pomóc - powiedziałam do wampirzycy.
- Siostro, ależ oni nie pozwolili nam się ruszać czyż nie? - powiedziała wydawało się z uśmiechem Arena, przyglądała się walce. Patrzyłam się tak na nią, a kątem oka widziałam walkę i kiedy ktoś do nas biegł kończył na soplu lodu. W końcu przestałam słyszeć odgłosy walki. Został jedynie jeden napastnik z purpurową przepaską na czole. Był zwinniejszy i szybszy od innych. Był to zapewne ich przywódca, a skończył na ostrzu Beryll. Podbiegłam do niego od razu i odruchowo jak zawsze zaczęłam go przeszukiwać. W kieszeni miał list. Zabrałam go i chciałam czytać, ale VJ mi przerwał.
- Przenieśmy się w bezpieczniejsze miejsce - odparł i poszedł w głąb lasu. Zostawiliśmy za sobą prawie cały legion poległych. No dobra było ich mniej, ale i tak było to dość dziwne zjawisko. Czego szukali, albo może kogo. Ciarki mnie przeszły na samą myśl co by się stało gdybym ich spotkała po drodze z tą ręką w dodatku bez opatrunku. Starałam bym się pewnie wspiąć na drzewo, ale... Dobra nie zdarzyło się, więc nie ma co o tym rozmyślać. Liczy się to, że żyjemy. Po pewnym czasie usłyszałam szelest, Arena najwidoczniej też, ponieważ wydawało się, ze skręciła głowę w moją stronę. Zza gęstwiny wyszła Onyx.
- Dlaczego tu jesteście? - zapytała z zdziwieniem.
- Ktoś nas zaatakował odpowiedziałam pośpiesznie i zaczęliśmy iść dalej. Istri i VJ wyjaśnili jej całe zajście. Sięgnęłam do torebki, ale zorientowałam się, że wypiłam już wszystko.
- Cholera - powiedziałam pod nosem. Spróbuję przeżyć z tym, a przynajmniej nikogo nie zabić bez tego, czy jakoś tak. Byliśmy już dość daleko od chaty. Czuję, że słabnę. To przez to, ze użyłam magii, a jestem poważnie ranna.
- Powinniśmy zrobić postój - powiedział Avalanche spoglądając na mnie.
- Musimy iść dalej - skrytykował go ktoś.
- Dobrze zatrzymajmy się tu. Myślę, że jest już w miarę bezpiecznie - powiedział chyba VJ. Nie byłam pewna, czułam się zbyt słabo. Na słowo "bezpiecznie" dosłownie osunęłam się pod drzewem. Kidy siedziałam było trochę lepiej. Inni zrobili podobnie. Wyciągnęłam list z torby i zaczęłam czytać na głos.
- "W tym lesie znaleźliśmy jej ofiarę. Nie mogła odejść daleko, była ranna. Wiem, że dla was będzie to bardzo proste, a teraz jest na pewno osłabiona. Płacę wam z góry, więc odnajdźcie i zabijcie Boody Raven. - zamarłam czytając ostatnie słowo. Szukali mnie. To znaczy nie dokładnie mnie, a Bloody Raven, w dodatku nieumiejętnie, nie było podanych nawet żadnych moich cech szczególnych, bo skąd mogli by je znać, ale jednak. Wynajęto zabójców, aby zabili mnie?! Prawie się uśmiechnęłam pod nosem. Trochę mi to schlebiało. Na kartce nie było ani adresata, ani nadawcy.
- Wiecie kto to Bloody Raven? - zapytałam, aby sama siebie przynajmniej uspokoić i podałam kartkę najbliższej osobie.

(Bluvertogo(Vertogo)? Wybacz mi, że takie krótkie)

Od Bluvertigo CD Abigail

Całe zgromadzenie przysłuchiwało się Abigail z mniejszą lub większą ciekawością. Istri łowiła jej słowa jednym uchem, na odczepnego grając w karty z Areną, od której aż promieniowała duma wynikająca z faktu, iż grała nieczysto i wygrywała. Z tego co widziałem, Istri nawet nie patrzyła na karty, rzucała je byle jak - czy też raczej: byle którą, gdyż kładła je ostrożnie na wlocie kolby jakby były żywymi stworzeniami, nie kawałkami papieru. VJ mógł chwilę odetchnąć, Arena przelała całe swoje zainteresowanie na grę, więc nie musiał jej tak bardzo pilnować. Uśmiechnąłem się pod nosem. Niezła zagrywka. Doskonale wiedział, jak ją spacyfikować i to w dodatku w taki sposób, aby się nie zorientowała i myślała, że to ona jest górą. Przypominała mi dziecko, choć niewątpliwie była starsza od każdego z nas.
Odwróciłem wzrok. Beryll wyglądała przez zakurzone okno, dzierżąc w dłoniach miecz i hełm, jakby zaraz miała ruszyć w wir walki. Wychyliłem się nieco na kamieniu, machinalnie głaszcząc Jaxa, ale nie widziałem Onyx za oknem. Nie miałem pojęcia, dokąd Arcymag poszła. Ani po co. Wzruszyłem jednak ramionami i zerknąłem podejrzliwie na Abigail, która dotąd ciągle coś mówiła, teraz jednak chwiała się tylko na prowizorycznym "krześle" milcząc, wzrok miała jakiś nieobecny. Uniosłem brwi. Również i reszta drużyny zwróciła uwagę na nagłe urwanie wywodu. Nie byłem co prawda tak zafiksowany na punkcie zdrowia obcych mi osób jak Istri, ale i tak zaniepokoiłem się nieco. Zerknąłem niepewnie na VJ, podczas gdy dziewczyna albo błądziła gdzieś myślami, albo... Nie wiedziałem, miała za chwilę zemdleć? Bądź co bądź, nie wyglądała najlepiej, jakby nagle źle się poczuła albo zdała sobie sprawę z czegoś, na przykład, że nie wszystko jej z nią w porządku. VJ jednak tylko westchnął cicho, łapiąc mój wzrok.
- Straciła dużo krwi...
Kiwnąłem głową. To by mogło wyjaśniać jej stan, w końcu każdy, niezależnie od rasy, powinien przez dłuższy czas przeleżeć, takie obrażenia to nie byle co. Zanim zdążyłem odezwać się do VJ'a lub Abigail, wtrąciła się Arena.
- Widzisz, siostro? Jeśli byś im pokazała czarny śnieg, to i tak mówiliby, że jest biały.
Spiorunowałem niewidzialną wampirzycę wzrokiem. No, jej sukienkę, gdy zdałem sobie sprawę z tego, że jeśli będę się patrzeć wzrokiem bazyliszka na jej nos, nie wywrze to takiego efektu. Jej ciałem wstrząsnął cichy chichot. Bezczelnie się ze mnie śmiała. Burknąłem coś pod nosem i przeniosłem wzrok na Istri. Arena chyba błędnie odczytała nasze spojrzenia i krótką wymianę zdań, ewentualnie powiedziała to specjalnie, żeby druga wampirzyca pomyślała, iż jej nie wierzymy. Średnio mnie to obchodziło. Mogła mi nawet powiedzieć, że jest bazyliszkiem i ma armię myszy na zawołanie, nie mnie to weryfikować, jeśli nic to wspólnego ze mną nie ma. Istri jednak najwyraźniej słuchała historii Abigail, bo na słowa Areny tylko przewróciła oczami, odkładając karty. Ona sama chyba uwierzyła wampirzycy, a patrząc po jej minie, usłyszała też coś, czego tamta nie wypowiedziała do końca. Widziałem specyficzny wyraz twarzy Kotki, ale nie potrafiłem go odczytać. Jest zła? Nie, Istri nigdy się nie denerwuje, nawet gdy przez krótki czas uczyła w czymś w rodzaju szkoły i żartowała, że albo ona zabije dzieci, albo one ją. Czyżby więc się przestraszyła czegoś, co pomyślała tamta? Zaraz pokręciłem głową. Istri to najodważniejsza osoba, jaką poznałem w swoim życiu. Nawet bardziej niż Beryll i Onyx, a choć odwaga i głupota leżą blisko siebie, Istri dodatkowo łączyła nieustraszoność z inteligencją i rozsądkiem. Więc to nie to.
Po dłuższym rozmyślaniu dałem sobie spokój. Kto też mógłby ją zrozumieć. To inna kultura, inne zachowanie, inne wszystko. Skupiłem się więc na tym, co się działo przy stole. Istri, zmieniona w białą kotkę, z gracją myła łapkę, zaś dwa wampiry toczyły zaciekłą walkę na karty. W pewnej chwili coś przykuło moją uwagę. Chwila, nie za dużo coś tych kart? Kartoniki śmigały przez róg stołu ze sporą prędkością, wampirzyce grały jak dwa huragany. Mimo wszystko, udało mi się wychwycić kilka dziwnych szczegółów. Po pierwsze, talia nie zmieniła się, wciąż grano taką samą ilością kart. Jednak po dogłębniejszym przyjrzeniu się dostrzegłem, że obie panie coś nad wyraz często wykładają asy. Liczyłem je kilka razy, aby się upewnić i w taki oto sposób Arena miała ich cztery, zaś Abigail sześć. O ile coś się w kartach nie pozmieniało przez moją nieobecność, obie dziewczyny oszukiwały jak cholera. Uniosłem brwi, a kątem oka dojrzałem niemalże niewidoczny uśmiech VJ'a. Był w stanie na razie podnieść tylko kącik ust, bardziej w grymasie, niż uśmiechu, ale po jego zielonych oczach widziałem, że jest rozbawiony. W końcu gra się skończyła i Abigail uniosła ręce w geście zwycięstwa. Ukradkiem zerknąłem jej w karty i mimowolnie się uśmiechnąłem - dziewczyna przez sekundę miała same asy, potem znaczki nagle pozmieniały swoje wartości i wyglądało to jak normalny plik kart. Arena prychnęła i wytrzepała z rękawiczki resztę zachomikowanych kart. Miała ich widocznie więcej niż tamta.
- Dobrze, siostro, to była dobra gra. - Arena leniwie wychyliła się do tyłu na kufrze. Choć nie widziałem jej twarzy, przekonany byłem, iż obie panie doskonale wiedziały o oszustwach drugiej - tyle że Arena chyba wolała korzystać z magii w ostateczności, ewentualnie może bała się, że zostanie to uznane za próbę ucieczki i jej się dostanie. Tak czy siak, westchnąłem i spojrzałem na drzwi, zniecierpliwiony. Onyx coś długo nie było. O dziwo, żadne z moich przyjaciół - ani żaden wampir - nie wydawało się być zdziwione tym faktem. Tylko Beryll cały czas nieruchomo stała, wyglądając przez okno.
Przeciągnąłem się i wstałem, a Jax natychmiast władował mi się całym ciężarem prosto w kolana, o mało mnie nie wywracając.
- Hej - zaśmiałem się cicho. - Jak jesteś głodny, idź do VJ'a, on zawsze ma coś do zje... - urwałem nagle wpół słowa, a uśmiech zastygł mi na twarzy, gdy zobaczyłem, że wilk jest szczerze przerażony. Jego uszy leżały płasko przytulone do czaszki, ogon znajdował się między długimi łapami, a on sam to piszczał, to szczerzył kły, kręcąc się w kółko. Nie zastanawiałem się długo, cichym syknięciem zwróciłem na siebie uwagę obecnych. Zatoczyłem koło jednym palcem i okryłem dłoń drugą - byliśmy w pułapce. Jakimś sposobem ktoś odkrył, że tu jesteśmy. Szybko opadłem na kolana, w pozycji bojowej zwracając się w stronę okna, tyłem do drzwi. Były one na tyle pancerne, że w połączeniu ze ścianami chronionymi magią powinny nas ochronić. Problem za to stanowiły zabite byle jak deskami okna, jedno przed stojącą w gotowości Beryll, drugie niedaleko VJ'a. Wszyscy zgromadzeni przy butelkach, fiolkach i kolbach natychmiast zapadli się pod stół, z którego zniknęło wszystko, oprócz asa karo. Przewróciłem oczami. Wiedziałem, że przedmioty należące do Onyx "zabrał" Veran-Jay, ale ktoś chciał, aby ta jedna karta tu pozostała - tą osobą była ewidentnie Arena. Istri, zmieniona już w człowieka, uciszała co i rusz próbujące się odezwać wampiry. Tylko Beryll wciąż stała, czujnie lustrując las spod hełmu ze szkarłatną kitą. Zapadła taka cisza, że niemalże słyszałem bicie pięciu serc - dwa z nich biły słyszalnie szybciej od innych. Moje własne także dudniło mi w uszach. Czekaliśmy na potencjalny atak ze strony kogoś, kto przypuszczalnie czaił się w ciemności, otaczając chatkę i także czekając - Bóg wie na co.
Wszystko zmieniło się w ciągu następnych kilku sekund. Najpierw szyba przed Beryll rozprysła się w pył, a od jej bogato zdobionego pancerza odbiło się małe czarne ostrze, rykoszetem wbiło się w ścianę tuż nad Istri, która wychyliła na sekundę blondwłosą głowę spod stołu, zaalarmowana hałasem. Później rozpętało się piekło. Istri błyskawicznie zmieniła formę na kocią i podbiegła do pancernych drzwi, kładąc na nich łapkę, aby je zamknąć. VJ dobył sztyletu, nakazując wampirom zostać. Nie miał na myśli oczywiście, że nie potrafiłyby walczyć - jeden z nich był ranny, a drugi zbyt zdradziecki, więc nie można było im ufać, a do walki dopuścić w ostateczności. Widząc, że napastnicy zrezygnowali z bezskutecznego dobijania się do drzwi i zaczęli napływać oknami, ostrzeliwując nas z łuków i ciskając tymi małymi czarnymi ostrzami, z gniewnym warknięciem zmieniłem się w białego wilka, wgryzając się pierwszej osobie, jaka zdołała prześlizgnąć się obok Beryll, prosto w gardło. Nie byliśmy zbyt bezpieczni w chatce, więc najlepiej dla nas byłoby pewnie przenieść z walką na zewnątrz.

<Abigail? Nie zaatakował nas na pewno Counette ani nie jest to nikt po Vertigo, ale od ciebie zależy, kto to. Ah, i Onyx pojawi się trochę później.>

Od Abigail do Bluverigo

- Ja no cóż... Chyba wrócę do chodzenia i przyjmowania co jakiś czas zleceń w jakiś wsiach czy coś. Będę pomagać w jakiś lecznicach. Może wybiorę się za kontynent. Sama nie wiem. Nie mam głównego celu - powiedziałam wpatrując się w podłogę. Bluvertigo tylko przytaknął.
- Co czytasz? - zapytał się mężczyzna z metalowymi częściami ciała.
- Obecnie? - powiedziałam jakby sama do siebie i popatrzyłam na okładkę książki. - To jak historia nie zgadza się z prawdą - powiedziałam zamykając ją.
- A w jaki sposób? - zapytał ktoś.
- O dziwo pod wieloma względami, a dokładnie mogę mówić o Sollasis. Przykładowo nie jest tu nic napisane o moim ojcu, przyrodnim bracie króla, jego doradcy i ministra. Nawet małej wzmianki. Ale jest już napisane o płonącym domu i śmierci bardzo ważnej rodziny. Tak, ale ja żyję i tu jestem, więc nie jest to do końca zgodne z prawdą. Czytałam również "Legendy" O syrenach, a jedną z nich jest moja siostra bliźniaczka. Piszą, że za górami Atychrasty panuje jedynie cesarzowa, a przecież parędziesiąt kilometrów za nimi, bardziej w głąb pustyni i lasu. Tak jest to bardzo ciekawy teren. W jednej chwili możesz być w lesie, a w drugiej na pustyni. Kiedyś to badałam, ale niestety po jakimś czasie musiałam ruszyć dalej. Nie można cały czas być w takim miejscu. Wracając tam dalej znajduje się królestwo w którym moi już martwi przybrani rodzice sprawowali władzę. Najgorsze jest to, że ja teraz tam sprawuję władzę, na szczęście mój przyjaciel mi pomógł i nie muszę tam ciągle siedzieć, jedynie przyjeżdżam na bankiety, przyjęcia i rozmowy dyplomatyczne. Na szczęście na razie sytuacja jest dość stabilna. Nie mnie tam już ponad pół roku. Z reguły kiedy nie przesiaduję w zamku, lub po prostu w tym kraju to chodzę po świecie. Mam kilka profesji... To znaczy... Jestem medykiem, zielarzem, alchemikiem, bardem, kiedyś nawet pracowałam jako kowal, ale to stare czasy. Często też biorę zle... - urwałam w porę. Papla ze mnie. Prawie powiedziałam, że jestem BoodyRaven. Nie wiem jak by na to zareagowali. Jakoś mi się udało. Za dużo mówię, a i tak przeoczyłam dosyć dużo jak na mnie. Pamiętam jak w jakiejś karczmie kiedyś pracowałam i nieznajomemu powiedziałam, że jestem wampirem. Jak dobrze, że był pijany. Potem jeszcze go bardziej upiłam i nie pamiętał zupełnie nic. Tak czy tak jestem z siebie dumna, że nie powiedziałam nic o drugiej matce i o tym jak zostałam wampirem. O albo o tym jak stałam na czele buntu elfów ponad sto lat temu. Piękne czasy. Z zamyśleń wyrwał mnie czyjś głos.
- Chyba straciła za dużo krwi - powiedział ktoś.
- Widzisz siostro, jak byś im pokazała czarny śnieg to i tak mówili by, że jest biały - dodała Arena.
Miała po części rację. Niech sobie myślą co chcą mogą mnie wziąć nawet za lekko obłąkaną. To tylko lepiej dla mnie. Jeżeli się nie zna przeciwnika to się go nie docenia. Czasem myślę czy nie rzucić wszystkiego i zamieszkać na morzu. Codziennie oglądać piękne zachody słońca. Grabić inne statki. Siać postrach na morzach. Zdobywać nowe lądy. Odkrywać niepoznane gatunki. Stoczyć walkę z Krakenem. Być tam razem z siostrą... Ciekawe co teraz robi i czy jeszcze żyje... No właśnie czy żyje. Ehh... Wolę się nad tym nie zastanawiać, jak wyjadę na jakiś czas znowu na wyspy Sollasis to nie spocznę do puki jej nie znajdę.Gdyby umarła to bym to jakoś odczuła na pewno. Dobra bo za dużo myślę. Istri zirytowana rzuciła karty na stół, a Arena... Było widać, że podnosi barki z zachwytu lub chce uciec metalowemu mężczyźnie. Postanowiłam się dosiąść i zagrać w karty.
- To może zagramy? - zapytałam.
- Jasne - powiedziała i zaczęła szybko rozdawać karty. Zauważyłam, że specjalnie, skrycie dodała sobie dwa Asy. Czyli tak się bawimy no dobra. Zaczęłyśmy grę. Widząc, że Arena oszukuje, co było dość widoczne dla osób, które wiedząc coś więcej na temat kart lub same czasem to praktykują. Ja preferowałam inny sposób. Mniej widoczny. Magią iluzji zmieniałam co jest tylko na jednej stronie karty, a w dodatku jest to nakładany na coś obraz, więc jest to niewykrywalne dla osób, które nie były szkolone w tą stronę.

***

- Wygrałam - ogłosiłam w miarę cicho triumfalnie.
- Dobrze siostro to była dobra gra - wydawało się, że się uśmiechnęła, ale z niewidzialnej twarzy nic raczej nie możne było dostrzec.
- Dziękuję za grę - powiedziałam z promiennym uśmiechem i wróciłam do siedzenia na głazie. Popatrzyłam się na swoją rękę jest z nią na pewno lepiej. Uśmiechnęłam się do siebie pod nosem. Wyjęłam z torby metalową butelkę z tylko mi znaną zawartością i wypiłam do dna, po czym szybko ją schowałam. Dobrze mi to zrobiło i nie byłam już śpiąca. Mogę teraz nie spać cztery dni. Świetnie. No cóż chyba wrócę do czytania, bo co ja teraz mogę robić? No dobra co tu teraz wybrać. O mam moja księga alchemiczna. Lubię sobie czasem wszystko powtórzyć, a tym bardziej kiedy ja to napisałam.

(Bluvertigo(Vertigo)?)

niedziela, 18 marca 2018

Od Bluvertigo CD Abigail

Wychodząc przed chatkę, zauważyłem natychmiast niezwykły mrok, jaki ogarnął to miejsce. Drzewa tonęły w czerni, śnieg zdawał się stracić swój blask i tylko nieśmiało szarzył się pod moimi nogami. Na tle tej wszechobecnej nawet dla moich wyczulonych oczu czerni stała Onyx. W pierwszej chwili jej nie zauważyłem. Całe jej ciało okrywała długa do samej ziemi szata o kolorze głębokim niczym niebo o północy. Na krawędziach szerokich rękawów i kaptura skrywającego twarz widniały błyszczące znaki, jakby runy, wyszyte srebrną nicią. Materiał zdawał się być tak miękki, że zapragnąłem go dotknąć i już prawie wyciągałem rękę, gdy dotarło do mnie, że moja przyjaciółka stoi do mnie tyłem i gestykuluje. No tak. Powietrze było aż przesycone magią, a Onyx zręcznie ją kształtowała, niczym plastyczną masę. To właśnie z jej powodu wokół chatki zapadła taka nieprzenikniona ciemność i zdawało mi się, że nawet żaden ptak czy owad nie przerywał ciszy, jaka właśnie otuliła moje ciało jak całun. Potrafiłem wyczuć, kiedy ktoś w moim pobliżu korzysta z magii, szczególnie jeśli był potężny, a nawet sam potrafiłem niejako zmusić moc do współpracy. Nie bez powodu Onyx dawała mi niegdyś nauki. Zresztą tak samo jak jej siostra - tyle że Beryll próbowała ze mnie zrobić wykwalifikowanego wojownika. Szkoda tylko, że nigdy nie chciało mi się w to bardziej zaangażować i ostatecznie potrafiłem jedynie "wyczarować" coś z niczego lub ożywić papierową figurkę, zaś jak w walce mieczem byłem beznadziejny, tak zostało do teraz.
Potrząsnąłem głową, gdyż czary rzucane przez Onyx pośrednio działały także i na mnie, w końcu magia nie zawsze słucha się w stu procentach. Tym bardziej przypominała mi więc ona zwierzę, a zwierzęta - o ironio - potrafiłem zrozumieć bezbłędnie. W końcu jednak poczułem, że powietrze wokół mnie unormowało się i padł na mnie wzrok bladych oczu przyjaciółki. Założyłem ręce na piersi.
- A więc...?
Przewróciła tylko oczami ze zniecierpliwieniem.
- Co chcesz wiedzieć? - mówiła takim tonem, jakby naprawdę miała na myśli "Gadaj, im szybciej to załatwimy, tym szybciej znikniesz.".
- Możemy zacząć od tej farsy na naszym sfatygowanym stole. - uniosłem brew. Wiedziałem, że Onyx lubiła parać się magią w każdych jej aspektach, ale od zabawy w alchemika była daleka. Przynajmniej jak dotąd. Trafiłem chyba jednak w sedno, gdyż skrzywiła się.
- Eh, wierz mi, Vertigo, nie robiłabym tego, gdyby nie było to konieczne. - sarknęła.
Nic mi to nie powiedziało, ale widząc, że jest w niebezpiecznym humorze, postanowiłem przejść do dalszych punktów na mojej liście wątpliwości.
- A te leki, które dałaś... Abigail? Nigdy takich nie widziałem. Poza tym, od kiedy komuś pomagasz? I przecież...
- Zamknij się w końcu, Wendigo, i pozwól mi ci wyjaśnić, chyba że zamiast mieć wiedzę, wolisz mielić ozorem. - walnęła mnie z pięści w bok tak szybko, że nawet nie zdążyłem mrugnąć, a już stałem złożony w pół, ledwo chwytając powietrze. Słowa ugrzęzły mi w gardle. Takich efektów najwyraźniej oczekiwała Onyx, gdyż nieco już rozpogodzona zaczęła mówić - u niej wiązało się to z wrednym spojrzeniem i beznamiętnym tonem głosu.
- Gdybyś dał mi mówić od razu, nie byłoby potrzeby pytać. Po to właśnie mi ta "farsa", abyś mógł zobaczyć ostateczny wynik - mój nowy wynalazek. Nie mam dla niego nazwy, ty jesteś od wymyślania takich głupot, ale jak widać działają. Zmuszona byłam zwrócić się w kierunku alchemii, gdy magia zawiodła - Veran-Jay. Jak sam zdążyłeś zauważyć, ten idiota znów dał się nabrać. - prychnęła zdegustowana. - "Każdy zasługuje na zaufanie, nic mu nie powiem, on przecież nie po to przyszedł, co z tego, że ma nóż, jestem ostrożny, nic mi nie będzie". - mówiła, zmieniając magicznie swój głos na głos VJ'a. - A teraz co? Dostał na co zasłużył. "Zaufanie"... Musiałam sporo się napracować, aby ten kretyn nie stracił nie tylko szczęki, ale i życia. Te kolorowe płyny, które widziałeś... To remedium na... Cóż... Na wszystko. Nie mogę zdradzić ci ich składu, nie mówiąc już o tym, że w ogóle nie powinieneś o tym wiedzieć. - tu rzuciła mi krytyczne spojrzenie. - Nie mniej, twoja pannica wyzdrowiała. Wnoszę, iż powinieneś się cieszyć.
Skończyła, po czym odwróciła się na pięcie i przeszła kilka kroków. Dogoniłem ją truchtem.
- Poczekaj, Onyx. A ta cała Arena? Kim ona jest? Po co? - już miałem zasypać ją gradem pytań, kiedy przypomniało mi się jak urządziła mnie poprzednio. Urwałem więc w pół słowa i dałem się jej wypowiedzieć.
- Nie masz nic ważniejszego do roboty? - ofuknęła mnie, ale zatrzymała się, do tego tak gwałtownie, że o mało na nią nie wpadłem. - Słuchaj, gdybym teraz nie musiała, gdybym wiedziała, że istnieje jakiekolwiek inne wyjście, gdyby to zależało ode mnie - czerwona złodziejka gniłaby w celi. Ale to nie moja decyzja, tylko nasza wspólna. Jest nam ponoć potrzebna... Cóż, z tym idź do Istri i Veran-Jay'a, to ich pomysł. Ja mogę ci tylko powiedzieć kim ona jest. Nazywa się Helen Bedd. Szerzej znana jako Arena lub Lady In Red, ponieważ, jak sam widziałeś, ubiera się tylko na czerwono. Nigdy nie ukazuje swojej twarzy, jednak postarałam się, aby dowiedzieć się o niej czegoś więcej. Niewiele tego było. Ale ponoć jeśli oświetli się ją czerwonym światłem, można zobaczyć ją w pełnej krasie. Również do tego "tytułu" przyczynił się jej swoisty podpis. Jeśli coś ukradnie, szczególnie zjawiskowo, zawsze zostawia za sobą krwistoczerwony napis lub odcisk dłoni. Nie jest to krew, ale coś podobnego składem - jakiś substytut.
Onyx zamilkła, chowając dłonie w szerokie rękawy swej czarnej szaty. Przemyślawszy to wszystko, kiwnąłem głową i ruszyłem z powrotem do chatki.
- Nie myśl, że to cokolwiek zmienia. Nie weźmiesz w tym udziału. - zawołała jeszcze za mną. Odwróciłem się. Zdołałem zobaczyć tylko dolną część jej bladej twarzy, a wkrótce potem zawadiacki uśmieszek. - Ale dobrze, że wróciłeś.
Stałem przez chwilę, nie wiedząc co powiedzieć. Dobrze że wróciłem? Przecież nie chciała mnie widzieć z racji mojej niezbyt zgodnej z prawem przeszłości. Otworzyłem usta, aby jej odpowiedzieć, ale już rozpłynęła się w mroku. Potrząsnąłem głową, oszołomiony. Nigdy jej nie rozumiałem i najwyraźniej nawet teraz, po tylu latach, nie będzie mi to dane. Zaraz jednak wzruszyłem ramionami. Ale w sumie co z tego. Ufałem jej bezgranicznie i wiedziałem, że można na niej polegać. Tak jak i na pozostałych członkach drużyny. Strzepnąłem z ramienia kilka płatków śniegu i otworzyłem ciężkie drzwi, aby następnie stanąć na środku ogrzanego magią pomieszczenia. Nieco naburmuszona Istri grała w karty z Areną, ewidentnie oszukującą, choć niewątpliwie z pokerową twarzą. Na niewidocznym ramieniu złodziejki wciąż leżała dłoń Veran-Jaya, tyle że Powiernik nie patrzył na "podopieczną", a rozmawiał z Beryll. Ogarnąłem to wszystko wzrokiem i zamknąłem drzwi. Natychmiast podbiegł do mnie Jax, wpychając mi wilgotny nos w dłoń. Pogłaskałem go, zwracając się do przyjaciół.
- Onyx mi wszystko wyjaśniła. To znaczy, wciąż nie mam pojęcia, po co wam ta zło... Znaczy, najemniczka... Ani po co dokładnie tu jesteście, ale... - przywdziałem na twarz sztuczny, szeroki uśmiech nr 4. - Onyx pozwoliła mi iść z wami. Świetnie, prawda?
Mój entuzjazm spotkał się jednak tylko ze sceptycyzmem Kotki i Androida. Beryll jak zwykle na mnie nie patrzyła. Arena chyba też nie.
- Szczerze w to wątpię. Wybacz, Veri, ale do mnie nie umiesz kłamać. - Istri pokręciła głową i rzuciła na blat - czy też raczej, z braku miejsca, na wlot szklanej kolby - asa. Przy akompaniamencie przekleństw wampirzycy w czerwieni, przysiadłem na ogromnym głazie, bliżej Istri, przez co dwa wampiry znalazły się nieco bliżej siebie.
- Ale... Gdybyście się za mną wstawili... Zgodziłaby się, gwarantuję.
- Nie, Veri, nie zgodziłaby. - niebieskie oczy spojrzały na mnie krzywo.
- Słuchaj jej, piękny! Takiej bestii wśród ludzi jeszcze nie widziałam. Chciała mnie wywrócić na nice, gdy powiedziałam, że wygląda jak utożsamienie śmierci. - Arena oparła niewidzialną twarz na ręce. - Tylko z nosem.
- Szkoda, że tego nie zrobiła... - mruknąłem półgębkiem, na co Istri przewróciła oczami, zniecierpliwiona.
- Prędzej by cię zjadła niż pozwoliła się narażać.
Narażać... Pf. Jakbym będąc tutaj samemu nie był narażony na niebezpieczeństwo. Nie odpowiedziałem jednak, lekko się tylko wyprostowałem. Mój wzrok padł na siedzącą razem ze mną na głazie wampirzycę. Chyba czytała jakąś książkę, ale nie byłem w stanie stwierdzić jaką.
- Co zrobisz, kiedy już te rany ci się zagoją? - zapytałem od niechcenia, głową kiwając w kierunku jej rannego przedramienia. Pewne jest, że zbyt długo tu nie zostaniemy, więc pewnie i ona pójdzie w swoją stronę.

<Abigail?>

czwartek, 1 marca 2018

Od Abigail do Bluvertigo

Usiadłam na jakimś kamieniu, który miał być krzesłem i rozstawiłam buteleczki na stoliku. Położyłam ręce na blacie i położyłam na nich brodę wpatrując się w nie. Przypomniało mi się jak za każdym razem kiedy, kiedy choćbym się skaleczyła dostawałam coś co miało mi pomóc w leczeniu. Nikt nie chciał, aby na mnie została choć jedna ryska co było dość dziwne. Później po przemianie w wampira nie mogłam się nabawić żadnych blizn co jest akurat plusem.
Myślałam czy jest potrzeba picia tych specyfików. I tak za niedługo z takim bandażem rana zniknie. Może tydzień? Dwa? Nie wiem, ale jestem im bardzo wdzięczna. W innym wypadku mogło by to zająć nawet parę miesięcy. Mimo, że niektórzy ludzie mnie nienawidzą z powodu, że jestem dzieckiem nocy to i tak wolę to życie. Mam na wszystko czas i nie martwię się niczym. Teraz przynajmniej żyję, jeżeli można tak powiedzieć. No dobra wezmę je tak profilaktycznie. Jak ona to mówiła...?
Wzięłam wszystko w takich dawkach jak miałam i odstawiłam buteleczki. Mam zupełnie inny metabolizm od ludzi, a w dodatku ja mam jeszcze inny od przedstawicieli mojej rasy, więc albo to zadziała bardzo szybko, albo za parę dni. Zależy jak odbierze to mój organizm. Ręka jeszcze chwilę mnie bolała, ale nie było już tak jak przedtem. Podeszłam do dziewczyny w czerwonej sukni.
- Witaj, Arena tak? - usiadłam obok niej.
- Dla ciebie, siostro, może być Arena. Chyba że wolisz Lady In Red, z wiadomych powodów - machnęła ręką.
- Masz ładną sukienkę - powiedziałam przyglądając się temu co widziałam.
- Wiesz, jak to mówią... Widzą tyle, na ile im pozwalasz. 
- Pamiętam jak, chyba na moje setne urodziny, dostałam taką. Rodzice mi przywieźli, kiedy byli na wyprawie politycznej za kontynent. Uwielbiam kolor krwisto rubinowo czerwony. Pomijając fakt, że jest to... Jakby to powiedzieć? Kolor mojej aury? Coś takiego... Jest to mój kolor przewodni.
-  U mnie to konieczność, u ciebie - kwestia gustu. Nie chciałabym przecież przejść przez historię niezauważona, co nie, siostro? - zaczęła destykulować, ale  oczywiście widać było tylko czerwoną suknię siedzącą na kufrze i gibające się rękawiczki do łokci.
- Ja nie przejdę nie zauważona... Nawet nie wiesz jak bardzo. Wiesz jak to jest być trzeba osobami na raz? Słyszeć jak ktoś planuje na ciebie zamach i nie domyśla się, że w pobliżu jest osoba którą chce zabić. Lubię to. Inaczej życie było by nudne, a wieczność bez sensu. A teraz wybacz muszę na chwilę odejść - uśmiechnęłam się do niej perłowym uśmiechem i wróciłam do siedzenia na głazie. Swoją torbę położyłam na stole i wyciągnęłam z niej jakąś czarną  koszulkę z krwisto rubinowo czerwonymi przeszyciami i wzorami, jak zwykle z krótkim rękawem i czarne spodnie. Na szczęście moja peleryna się nie poplamiła się jakimś cudem. Stanęłam gdzieś e koncie i w parę sekund się przebrałam dalej mając na sobie pelerynę. Kiedy byłam już ubrana schowałam ją do torby. Dopiero teraz się z orientowałam, że w pelerynie byłam przebrana w swój najczęstszy strój Bloody Raven. Jak ja dawno nie brałam żadnego zlecenia. Za niedługo będę musiała luknąć na tablicę ogłoszeń. Zawsze coś jest. Ludzie dają podpis odciskiem swojego palca zamoczonego w własnej krwi, abym mogła łatwo ich znaleźć. Dla niewtajemniczonych musi być dziwny widok kartki z odciskiem palca na środku i podpisem na dole Blood Raven. Jest to najbezpieczniejszy sposób i dla zleceniodawcy i dla mnie, ofiara też się nie domyśli, że to o nią chodzi. Wróciłam do siedzenia na głazie i spojrzałam na swoją rękę. Naprawdę mają tu kogoś z moje fachu... Lekarza oczywiście. Tyle lat sprawiło, że mam chyba z cztery zawody z czego jednego z nich nie wiem czy można tak zaliczyć, ponieważ co jakiś czas tylko się tam pojawiam, a mój przyjaciel wszystko załatwia za mnie. Uwielbiam go, jest taki kochany. Zachowuje się dla mnie jak brat. Nie wiem i tym co robię, kiedy nie ma mnie w domu, ale podejrzewam, że by się po prostu martwił o mnie.
Wyciągnęłam z torby jakąś książkę i zaczęłam czytać.

(Bluvertigo(Vertigo)?)

środa, 28 lutego 2018

Od Bluvertigo CD Abigail

Słysząc pukanie do drzwi, wszystkie osoby znajdujące się w chatce, włącznie ze mną, wymieniły spojrzenia. A przynajmniej tak myślałem, że wszystkie, gdyż właścicielka szkarłatnej sukni jak była niewidzialna przez cały ten czas, tak dalej nie udało mi się zobaczyć jej w pełnej krasie. Postukiwała tylko długimi palcami okrytymi czerwonym materiałem o blat zmaltretowanego stołu. Onyx z założonymi rękami stała tuż obok swojej siostry, nie spuszczając ze mnie ponurego spojrzenia, a tuż przed nią lewitowała samowertująca się księga. W sumie nie wiedziałem, dlaczego w ogóle ją przegląda, w razie czego znała te wszystkie zaklęcia na pamięć. Beryll obok niej wyjęła z pochwy swój długi, lśniący miecz, z zarysem smoka na klindze. Mimowolnie uśmiechnąłem się pod nosem. Była to ukochana broń kobiety, nazwana zresztą przez nią Tassemalla. Dotąd nie rozgryzłem, skąd takie imię dla miecza - ani po co. Tak czy inaczej, i ja przygotowałem się w duchu do walki, nakazując zostać Jaxowi przy mojej nodze. Istri czujnie wpatrywała się w drzwi, VJ zaś położył metalicznie lśniącą dłoń na ramieniu wampirzycy w szkarłacie. Nie byłem do końca pewien, ale wyglądało to tak, jakby najemniczka chciała wykorzystać naszą nieuwagę i zwiać, nie wywiązując się z umowy. Już otwierałem usta, aby zwrócić się do Areny - co do której miałem dziwne wrażenie, że patrzy na mnie, uśmiechając się drwiąco - gdy nagle z zewnątrz dobiegł nas czyjś cichy głos. Natychmiast westchnąłem, znużony. Kolejny wampir. To jest, wampirzyca, którą spotkałem przypadkiem kilka godzin temu. Wcale nie uśmiechało mi się znów z nią użerać, bo pewnie przyszła mnie przekonywać, że wie, kto na mnie poluje i że mnie nie wyda. Onyx, słysząc głos dziewczyny, uniosła znacząco brwi.
- Doprawdy...? - mruknęła zgryźliwie, po czym krótkim gestem dłoni zamknęła gruby tom i odesłała go na stół. Następnie kiwnęła głową na Istri, zupełnie nie zwracając uwagi na to, że nasza pozostała dwójka - oraz Jax i Arena - patrzy na nią z zaskoczeniem. Istri jednak najwyraźniej doskonale wiedziała, o co chodzi jej przyjaciółce - jako kotka zeskoczyła ze stosu ksiąg i dwoma długimi susami dopadła do drzwi, na ich powierzchni kładąc łapkę. Wszystkie uprzednio zatrzaśnięte przez Onyx zatrzaski i zamki podniosły się i otworzyły nagle. Biała kotka prychnęła, odganiając się od kurzu, po czym spokojnie podeszła do mnie, wskakując mi na ramiona. Była lekka niczym piórko, a jej biały ogonek drgał lekko na końcu, gdy skierowała wzrok swych oczu na wejście i czającą się tam wampirzycę. Nie poruszywszy się nawet, Onyx zawołała:
- Wejdź, czarownico. Lub, może powinnam powiedzieć, wampirzyco... - jej oczy błysnęły, a do chatki weszła wówczas znajoma mi dziewczyna. Chyba nie wszystko było z nią w porządku, gdyż słaniała się na nogach, a wzrok miała błędny.
- Ależ co ci się stało, siostro? - odezwała się Arena, uziemiona przez silne ramię Veran-Jaya. Przez chwilę zapomniała o próbach wyrwania się Powiernikowi. Wampirzyca pokręciła tylko głową, a wtedy jej wzrok padł na mnie. Zacisnąłem usta w wąską kreskę.
- Sama widzisz, że niebezpiecznie jest podążać moim śladem. - wycedziłem, ruchem głowy wskazując na rozciętą rękę dziewczyny. Obok mnie Beryll poruszyła się nieznacznie - jej miecz wzniósł się lekko, a jakiś zbłąkany promyk światła zatańczył na ostrzu. Pamiętając, że nie tylko Onyx w tej rodzinie była uzdolniona magicznie - choć Beryll mniej, ceniąc sobie starą, dobrą broń białą - położyłem kobiecie dłoń na ramieniu. Nasze spojrzenia się spotkały, dorównywała mi wzrostem. U Onyx moc nie była ukierunkowana, wolała ona raczej panować pośrednio nad każdym jej aspektem, niż skupiać się tylko na jednym z nich. Beryll zaś władała tylko światłem. A dokładniej promieniami światła, odbitymi od jej miecza. Potrafiła tak skupić moc, aby wiązka światła przebiła kogoś na wylot. Widząc jednak, że nie życzę sobie scen, opuściła miecz. Nie schowała go jednak do pochwy, a oparła na jego rękojeści zakute w rękawice dłonie. Wiedziałem, że pozostali mniej chętni są do walki, a ciekawi ich raczej fakt, że wampirzyca mnie znała - i vice versa. Kątem oka zarejestrowałem, jak Arena ukrywa coś w fałdach sukni. Zauważyła jednak najwyraźniej mój wzrok, gdyż nagle rozległ się jej perlisty śmiech.
- Oh, cóż za widowisko! Spójrz tylko na to, siostro! Siostrzyczki Słowo i Czyn chyba zamierzały cię unicestwić. Nie są zbyt gościnni, nieprawdaż? - tu prawdopodobnie zerknęła na VJ'a, jednak z racji utrzymywanej przez nią niewidzialności, nie dało się tego jednoznacznie stwierdzić. - Zostaw mnie, Blaszaku, potrafię sama siedzieć. - znów spróbowała zrzucić rękę mężczyzny ze swego niewidzialnego barku. Bezskutecznie.
Zignorowałem ją, a gdy zmieniona znów w człowieka Istri zajęła się negocjacją z Areną co do ukradzionej przez nią sakiewki, spojrzałem na drugą wampirzycę. Tą widzialną.
- Czy jeśli pomożemy ci, możemy liczyć na dyskrecję? Nic ci do tego, kim jesteśmy i co tu robimy, jak i nas nie powinno obchodzić, kim jesteś ty, ani kto ci to zrobił. Opatrzymy cię i rozejdziemy się w swoje strony, w porządku? - zapytałem, prostując się. Usłyszałem za sobą zgrzyt rycerskiej zbroi, gdy Beryll ustawiła się przy moim boku, razem z Jaxem tworząc żywy mur pomiędzy jednym wampirem a drugim. Jakoś im obu nie ufałem. Jedna była złodziejką, o drugiej nic nie wiedziałem.
Wampirzyca kiwnęła głową i zatoczyła się.
- Ej, pozwolicie jej tak krwawić? Widzisz, siostro? Oni są nieczuli na cudzą krzywdę, nie dają zarobić, a teraz jeszcze pewnie zostawią cię na lodzie. - przypuszczalnie Arena spiorunowała wzrokiem Istri, która z dyskusji z nią wyszła zwycięsko, dzierżąc w dłoniach pozłacaną skrzynkę na zioła, którą Arena przed momentem usiłowała ukraść. - Te, kotek, formalnie rzecz biorąc, należy mi się połowa zapłaty, w końcu was tu przyprowadziłam!
- Mieszkamy tu po kilka dni co parę miesięcy, wiedzieliśmy dokąd iść, aby tu trafić. - mruknęła pod nosem Istri, podchodząc do rannej. - Ty jesteś nam potrzebna do czego innego...
Razem ze mną - choć ile się przedtem nawzdychałem i nawywracałem oczami to tylko ja wiem - nasmarowała czysty pasek materiału, podany jej przez Veran-Jaya, jakąś ziołowo pachnącą maścią o lekkim miętowym kolorze. Następnie do otwartej rany na przedramieniu dziewczyny przyłożyła jakiś spory zasuszony liść, a na to poszła dopiero ziołowa mieszanka. Jako iż znałem się na tym w takim samym stopniu, co na gotowaniu, pomogłem tylko zawiązać końce materiału, gdy Istri wcierała jeszcze w rany wampirzycy jakiś proszek, mamrocząc coś pod nosem. Widziałem, że krzywi się nieznacznie, gdyż - choć jako zmiennokształtna, jej zdolność do władania magią nie była zbyt wielka - po dotknięciu kogoś potrafiła wyłapać niektóre jego myśli oraz przekazać swoje. Nie wiedziałem, czego się dowiedziała, jednak widząc zaraz potem lekki wyraz zdziwienia na twarzy wampirzycy zrozumiałem, iż Istri swoim zwyczajem zaszczepiła jej w umyśle wiadomość, że wszystko będzie dobrze i ma się nie martwić. Zawsze tak robiła, była bardzo opiekuńczą, choć zasadniczą osobą, która nawet wrogowi nie pozwoli cierpieć, jeśli jest to bezsensowne. Choć może wampirzyca nie była naszym wrogiem. Tego nie wiedziałem. Kiedy jednak obejrzała swoje opatrzone ramię, zerknęła na nas.
- Dziękuję. - przez chwilę chyba zastanawiała się, co jeszcze mogłaby powiedzieć. - Nazywam się Abigail Raven. - dodała w końcu, wyciągając rękę. Widząc, że zdumiona Istri patrzy się na jej dłoń, nie wiedząc co zrobić, szybko zabrałem głos.
- Mów mi Avalanche. To jest Istri DeBonn. W jej stronach nie uznaje się takiego powitania. - mruknąłem, pamiętając swoje ciągłe pomyłki, gdy zamiast przyłożyć dłoń do serca, starałem się złapać Istri za przedramię. To drugie powitanie pochodziło z jeszcze innych krain, a dowiedziałem się tego od Onyx. Zatem wszystkie te trzy sposoby mieszały mi się teraz w głowie.
- Nie wiem, czy przypadkiem nas znalazłaś, czy nas śledziłaś... Jednak Jaxa już znasz. Tam siedzi Veran-Jay Silver. Za mną stoją Onysablet i Beryllyantranox Lare. To jest... Arena. Czy tam Lady In Red, nie wiem czy...
- Jak tam sobie zażyczysz, piękny. - machnęła na mnie ręką niewidzialna wampirzyca, jednak zignorowałem ją, przyglądając się tej widzialnej. Wydawała się wciąż słabnąć, więc skinąłem na patrzącą na mnie sceptycznie Onyx.
- Mogłabyś...?
- Tak, nie mam już nic innego do roboty, tylko leczyć twoje pijane pannice. - przewróciła bladymi oczami, ale podeszła do stołu, spośród szklanych kolb i innych szpargałów wyciągając nieduży kuferek. Otworzyła go, kładąc go w powietrzu przed sobą i przytrzymując bez użycia rąk. Zerkając na mnie gniewnie, nakazała Abigail zbliżyć się.
- Trzymaj. Ten czerwony płyn pozwoli ci zapomnieć o bólu. Jeżeli chcesz się przespać zażyj też kroplę tego niebieskiego. Wygląda na to, że trzeba cię poskładać od środka, więc łyknij także ten purpurowy płyn, oraz różowy i srebrny, tak na wszelki wypadek. Kolejno wspomogą one zrost tkanki mięśniowej, uzupełnienie krwi oraz lepsze zrastanie się ran, bez paprania się i sińców.
Po tym wywodzie Onyx założyła ponownie kaptur na głowę, zatrzasnęła kuferek i upuściła go na ziemię, nie przejmując się tym, co zamknięte było w środku. Wyminęła dziewczynę, zostawiając ją z naręczem szklanych kolbek wypełnionych różnokolorowymi cieczami. Przez chwilę odprowadzałem przyjaciółkę wzrokiem, nieco oszołomiony - tylko nie byłem pewien czy bardziej zdziwił mnie fakt, że pomogła, czy że wydawała się być jeszcze bardziej wzburzona - dopóki nie wyszła na zewnątrz, trzaskając masywnymi drzwiami. Istri znów zajęła się rozmową z VJ'em, Arena zaczęła bawić się kością, Beryll stała sztywno niczym posąg. Nastroje były dość spokojne, nie licząc Onysablet. No cóż, wiedziałem, że co 4-6 miesięcy moja grupa spotyka się w tym miejscu, aby omówić wszelakie wysokiej wagi sprawy. Zawsze mieli nadzieję, że się nie pojawię - ponieważ to by znaczyło, że nie narażam się, tylko siedzę gdzieś przyczajony i czekam, aż moja sprawa przycichnie. Ja jednak wiedziałem, że nic takiego nie ma prawa się stać i się nie stanie. Nie, dopóki morderca mojej matki, babki i kilkunastu innych osób z mojej rodziny na mnie poluje. Nie będę miał spokoju, chyba że drania zabiję. A to na ten czas było niemożliwe. Gdyby choć wysługiwał się innymi ludźmi... Ale nie, on wszystkie sprawy załatwiał osobiście, nie ufał nikomu. Musiałem przyznać, że w sprawianiu wrażenia, jakoby nigdy nie istniał był naprawdę znakomity. Pokręciłem głową, opierając się o ścianę z rękoma założonymi na piersi. Moi przyjaciele wciąż myśleli, że sami tego wampira odnajdą i... Cóż, zemszczą się, wyręczając mnie. Po to organizowali te spotkania. Jednocześnie knuli przeciwko Counette'owi i mieli nadzieję, że go do siebie zwabią, dzięki czemu mieliby okazję do zabicia mordercy. On jednak był na to albo zbyt sprytny - dotąd nie dawał znaku życia nigdzie w pobliżu chatki - albo zbyt niedomyślny, by szukać mnie w jakiejś rozlatującej się chatynce w środku lasu. Słowo daję, że tylko kurzej łapki jej brakowało, gdyż Onyx jako zwariowana czarownica zdecydowanie dałaby radę.
Rozejrzałem się po izbie, a mój wzrok padł na rozpłaszczoną na odwróconej skrzyni suknię. Arena. Po co im ona? Mówili, że wynajęli ją, jest najemniczką. Ale ona sama stwierdziła, że jeszcze nie wykonała swojej roboty, a i Istri sprawiała wrażenie, jakby chodziło o coś więcej, nie tylko znajomość tych terenów. Przed chwilą widziałem, całkowicie przypadkiem, jak niezauważenie przez nikogo, zręcznie niczym zawodowiec, Dama w Czerwieni podbiera siedzącemu obok VJ'owi skrzyneczkę z ziołami. Czyżby była nie tylko najemnikiem... Ale i złodziejem do wynajęcia, wolnym strzelcem? Raczej nie mogliśmy jej ufać, to pewne. Jednak co też takiego moja grupa postanowiła zwinąć i jak bardzo jest to chronione, że aż potrzebowali profesjonalnego szabrownika? Obserwując jak Abigail siada przy stole na podłożonym tam sporym głazie, wyszedłem przed dom, aby porozmawiać z Onyx.

<Abigail?>
Szablon wykonała prudence. z Panda Graphics.